Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chanel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chanel. Pokaż wszystkie posty

29.6.16

Ulubieńcy - czerwiec 2016

Co to był za miesiąc! Intensywny, pracowity, ponury, deszczowy i zimny, ale też pełen miłych niespodzianek i odwiedzin. Mimo wielu obowiązków znalazło się też trochę czasu na przyjemności, jak gotowanie, oglądanie seriali, wieczorne domowe SPA czy poranny makijaż.  W międzyczasie udało mi się też przetestować kilka nowości, ale i bardzo chętnie wracałam do tych starych i sprawdzonych. I dzisiaj właśnie powstał taki misz-masz, znajdziecie tu kilka kosmetyków, które stosuję od niedawna, ale już zdążyły mnie zachwycić, są i kosmetyki, które były już kiedyś w ulubieńcach i trafiły tutaj ponownie ponieważ są doskonałe. No to co, zapraszam do czytania.

Sylveco, Rumiankowy Żel do Twarzy - miałam ochotę przedstawić go Wam już w poprzednim poście z ulubieńcami i sama nie wiem dlaczego tego nie zrobiłam. Jest rewelacyjny, do tego wydajny i bardzo tani! Nie tylko doskonale oczyszcza skórę z resztek makijażu i innych zanieczyszczeń bez naruszania warstwy hydrolipidowej, ale też, dzięki zawartości kwasu salicylowego, działa antybakteryjnie, wspomaga walkę z wypryskami, oczyszcza pory i reguluje wydzielanie sebum. Ja stosuję go zarówno rano jak i wieczorem, po uprzednim umyciu twarzy olejkiem Resibo. Żel doskonale usuwa jego pozostałości pozostawiając skórę oczyszczoną, przyjemnie gładką i elastyczną bez uczucia ściągnięcia czy pieczenia. Niby to tylko kosmetyk, który nakładamy i zmywamy, ale przy regularnym użyciu można zauważyć poprawę stanu skóry, a z wyżej wspomnianym olejkiem Sylveco tworzy duet doskonały. Polecam dosłownie każdemu. Nawet gdy się nie sprawdzi nie będzie szkoda go wyrzucić, ale gwarantuje, że będziecie zachwycone!

Phenome, Purifying Anti-Dandruff Shampoo - jeden z  moich ulubionych szamponów do którego wracam regularnie i z przyjemnością. Przede wszystkim świetnie wpływa na kondycje włosów, odżywia je i wzmacnia oraz doskonale dba o skórę głowy, a moja jest szczególnie kapryśna i bardzo wrażliwa. Ostatnio do tego dołączył łupież jednak Purifying Anti-Dandruff Shampoo szybko pomógł mi się z tym problemem uporać, nawilżył skalp i ukoił, a ja odetchnęłam z ulgą. Co więcej, kosmetyk ma gęstą konsystencję, świetnie się pieni, dobrze oczyszcza, a włosy są po nim niesamowicie błyszczące, nawilżone, puszyste, a jednocześnie mięsiste, śliskie i pełne objętości. Coś wspaniałego! Uwielbiam i polecam szczególnie osobom z problemem łupieżu czy też cienkimi, szybko przetłuszczającymi się włosami. Cudo <3




Mario Badescu, AHA Botanic Body Soap - fantastyczny żel pod prysznic, który jednocześnie oczyszcza, delikatnie złuszcza, a także nawilża i łagodzi. Kupiłam go skuszona bardzo pozytywnymi recenzjami i nie zawiodłam się. Nie sprawdziłam jednak przed zakupem składu i dopiero podczas którejś kąpieli z jego użyciem zauważyłam, że zawiera SLS jednak nie wpływa on w żaden negatywny sposób na skórę. Oprócz tego znajdziemy w nim też ekstrakty owocowe z papai i grejpfruta, ekstrakt z żeń-szenia oraz proteiny owsa. Mieszanka ta doskonale wpływa na skórę, świetnie oczyszcza i pomaga pozbyć się wyprysków z dekoltu czy ramion, a zdarza się, że czasem mam taki problem. Co więcej, żel jest naprawdę łagodny, pozostawia skórę niesamowicie gładką, przyjemnie miękką i delikatnie nawilżoną, a do tego bosko pachnie! To pierwsze moje opakowanie, ale na pewno nie ostatnie.

Chanel, Allure Lip Gloss, Sensible - błyszczyk, który ostatnio pojawił się na blogu w pełnej recenzji >klik<, pojawił się też już kiedyś jako ulubieniec. Co tu dużo mówić, dla mnie genialny. Kremowy, o dobrym kryciu, pięknym połysku i komfortowej konsystencji. Pielęgnuje usta, trwa na nich długi czas, nie wymaga użycia lusterka podczas aplikacji, piękne, minimalistyczne opakowanie zapewnia poczucie luksusu, a kolor Sensible - neutralny koralowy róż - pasuje zawsze i wszędzie. W czerwcu gdy nie wiedziałam co zaaplikować na usta sięgałam właśnie po niego i to był zawsze dobry wybór!



Eco Tan, Face Tan Water - aaa, cudo! Czyli samoopalający tonik oparty całkowicie na składnikach naturalnych, nie tylko nadaje cerze piękny oliwkowy odcień opalenizny, ale też wspaniale odżywia i działa przeciwtrądzikowo. Ja aplikuję go delikatnie nasączonym wacikiem na twarz, szyje oraz dekolt, przeważnie wieczorem co 3-4 dni, a rano budzę się z  delikatnie muśniętą słońcem skórą, która wygląda zdrowo i promiennie. Tak jak wspomniałam wyżej, tonik świetnie nawilża więc czasem pomijam już nakładanie jakichkolwiek innych produktów nawilżających. O zapychaniu  nie ma mowy, nie ma tu też plam, smug ani zacieków. Kosmetyk ściera się równomiernie i wydziela naprawdę minimalny zapach. Czuję go jedynie chwilę po aplikacji i tyle. Zdecydowanie przebił na głowę inne samoopalacze i nawet jeśli do tej pory omijałyście tego typu produkty tego się nie bójce, serio, nie ma opcji żeby zrobić sobie nim krzywdę!

Clinique, Pop Lip Colour, 06 Poppy Pop - kolejny produkt do ust w czerwcowych ulubieńcach. Tym razem pomadka. Kremowa, niesamowicie napigmentowana, trwała i w kolorze koralowej czerwieni. Soczystym i przyciągającym wzrok. Ożywiała mi ponure czerwcowe dni, dodawała zwykłemu outfitowi  charakteru i wspaniale rozpogadzała twarz. W zależności od nastroju czy okazji raz wklepywałam ją tylko delikatnie w usta innym razem nakładałam grubszą warstwą, w obu wersjach sprawdza i prezentuje się fenomenalnie, a jej minimalistyczne i jednocześnie piękne opakowanie sprawia, że mam ochotę sięgać po nią non stop. Na ustach możecie zobaczyć ją o tu >klik<.





Aesop, Oil - Free Facial Hydrating Serum - gości u mnie od dawna jednak dopiero ostatnio przekonałam się jakie jest naprawdę wspaniałe. Lekkie, o nieco żelowej konsystencji, oparte na aloesie i wzbogacone witaminami. Bardzo szybko się wchłania, łagodzi podrażnienia, zmiękcza i moją mieszaną cerę nawilża tak dobrze, że w chwili obecnej stosuję je już solo bez żadnego kremu. Stanowi świetną bazę pod makijaż, nic się nie nim nie roluje ani nie waży, skóra dłużej zachowuje mat i przez cały dzień czuje się komfortowo. Pisałam o nim też tutaj >klik< i tutaj >klik<. Jeśli szukacie dobrego serum aby wzmocnić działanie kremu czy też lekkiego nawilżacza na lato jak najbardziej polecam, szczególnie posiadaczkom cery mieszanej i tłustej. Lekkie, łagodzące i odżywcze <3 


Lumene, Color Correcting Cream - korektor, podkład i rozświetlacz w jednym. Zapewnia średnie krycie, pięknie stapia się ze skórą, trwa na niej cały dzień i daje fantastyczne satynowe wykończenie. Cera z miejsca nabiera blasku, prezentuje się zdrowo i pięknie i tak przez cały dzień. Ja w czerwcu sięgałam po ten krem CC niemalże codziennie, pomijając dni gdy nie robiłam makijażu, i za każdym razem byłam zachwycona efektem i wciąż jestem. Aplikacja nie sprawia problemów, krem nie pozostawia smug, wyrównuje koloryt i ukrywa zmęczenie, do tego jest niewyczuwalny, nie podkreśla suchych skórek oraz nie wzmaga przetłuszczania skóry, a  blask który daje jest subtelny aczkolwiek widoczny. Natomiast kolor, posiadam odcień Medium, ładnie dopasowuje się do koloru cery i nie oksyduje w ciągu dnia. Po aplikacji wystarczy tylko wytuszować rzęsy, nałożyć błyszczyk/pomadkę, bronzer lub róż, skorygować brwi i letni makijaż gotowy. W akcji możecie zobaczyć go tutaj >klik<. Polecam!



Organique, Balsam do Ciała z masłem Shea, Mango - przez cały rok dbam o dobre nawilżenie skóry nie tylko twarzy, ale też ciała bo dobrze nawilżona skóra jest gładka, elastyczna, miękka, zdecydowanie bardziej jędrna oraz odporna na działanie czynników środowiskowych. Balsam Organique w roli nawilżacza sprawdza się lepiej niż doskonale, a wersja mango jest idealnym umilaczem letnich wieczorów. Nieco słodka, a jednocześnie soczysta i bardzo intensywna. Zapach ten długo utrzymuje się na skórze i zdecydowanie wzmaga apetyt na owoce :) Uwielbiam po niego sięgać po wieczornej kąpieli. Smaruję się nim od stóp po prawie szyję ;) Mocno zbita, skondensowana konsystencja nieco utrudnia stosowanie, ale działanie zdecydowanie to wynagradza. Balsam topi się w kontakcie ze skórą, pokrywa ją warstwą ochronną, która otula, odżywia i regeneruje. Skóra odzyskuje naturalny poziom nawilżenia, jest odżywiona, miękka i  przyjemnie napięta, a efekt ten jest długotrwały. Idealny kosmetyk do pielęgnacji skóry przez cały rok, latem natomiast świetnie ukoi ją i zregeneruje po słonecznych kąpielach, a stosowany po szczotkowaniu ciała na sucho da naprawdę bajeczne efekty.

I to już wszyscy ulubieńcy. Który kosmetyk Was zaciekawił, a który już znacie? Co Was zachwyciło w czerwcu? Dajcie znać :)


23.6.16

Mój HIT: Chanel - Rouge Allure Gloss/Sensible

Na chwilę umilkłam, a wszystko przez ponurą pogodę, która ostatnio u mnie panuje i skutecznie uniemożliwia mi zrobienie jakiś sensownych zdjęć. No, ale już są, nie idealne, ale jakieś, a ja w końcu mogę podzielić się z Wami recenzją Rouge Allure Gloss marki Chanel. Jak zauważyłyście rzadko piszę o kosmetykach kolorowych, nie mam ich zbyt wielu, poza tym trochę bardziej kręci mnie pielęgnacja, jednak o tym błyszczyku muszę Wam napisać. Im częściej po niego sięgam tym bardziej go lubię, a po tej recenzji być może polubicie go i Wy. 




Rouge Allure Gloss to można by rzec kosmetyk 2 w 1. Mocno napigmentowany jak pomadka, a jednocześnie dodający blasku jak błyszczyk. Za jednym pociągnięciem pokrywa usta intensywnym, lśniącym kolorem, podkreśla i akcentuje. Mały, precyzyjny aplikator gładko sunie po wargach, a maślana konsystencja wzbogacona o Sappan Wood oraz witaminę E otula, wygładza i pielęgnuje dając uczucie komfortu na długi czas. Błyszczyk przyjemnie odżywia, nawilża, nie lepi się, nie posiada smaku i nie wylewa poza kontur ust. Wystarczy kilka sekund, jedno pociągnięcie i już. Wargi nabierają wyrazu, pięknie lśnią, błyszczyk je uwydatnia i trwa na nich od godziny do trzech. Obojętnie nie można tu przejść również obok opakowania, które zachwyca już od pierwszego wejrzenia. Totalnie proste, a jednocześnie piękne, śmiało można napisać, że luksusowe. Czarne, minimalistyczne, z delikatnym logo marki i złotą rękojeścią. Otwiera się na kliknięcie jak legendarne pomadki Rouge Allure co jest naprawdę sprytnym i świetnym rozwiązaniem.



Odcień  Sensible z nr. 15, który posiadam to koralowy róż, niezwykle subtelny, neutralny i idealny zarówno na co dzień - do pracy, do szkoły, do kina czy na spotkanie z przyjaciółką, jak i na wieczór do smokey eye. Cudownie uwydatnia usta, delikatnie je podkreśla, ściąga z twarzy zmęczenie i pięknie rozpromienia. To taki odcień, który mam wrażenie, ze będzie pasował każdemu. Niby zwyczajny i oczywisty, a jednak ma w sobie to coś. Niestety nie widać tego na zdjęciach dlatego radzę Wam abyście koniecznie sprawdzili go w perfumerii! PS. Na zdjęciu na ustach po godzinie noszenia :) Możecie zobaczyć go u mnie jeszcze o tutaj >klik< ;)




Znacie, kochacie, a może wręcz odwrotnie? Lubicie takie połączenia 2 w 1? Jaki kolor z tej serii możecie mi jeszcze polecić? Czekam na Wasze komentarze :)

11.1.16

Ulubieńcy roku 2015 - kolorówka i perfumy

Jeśli jesteście ze mną dłużej na pewno dobrze wiecie, że mam większego bzika na punkcie pielęgnacji niż kolorówki, ale podsumowanie ulubieńców roku zacznę właśnie od kosmetyków kolorowych oraz perfum. Nie miałam najmniejszego problemu aby wytypować te naj, naj, naj produkty, jak same widzicie nie ma ich wiele, ale wszystkie są sprawdzone, wszystkie lubię ogromnie, sięgam po nie bardzo często i jeszcze długo będę sięgać. Żeby nie przedłużać zapraszam do czytania, a już niebawem postaram się przygotować post z pielęgnacją. Tam będzie tego trochę więcej ;)








Essie, lakiery do paznokci - dla mnie najlepsze i już od dawna ulubione. Mają idealną konsystencję, nie bąblują, ładnie kryją przeważnie już po pierwszej warstwie, są trwałe, a także, co ważne, mają świetne, dobrze wyprofilowane pędzelki, które pozwalają naprawdę szybko i perfekcyjnie pokryć płytkę. Ja w 2015 roku najczęściej sięgałam po kolory widoczne na zdjęciu czyli totalną klasykę: Licorice - głęboka, lśniąca i mega trwała czerń, Forever Young - kremowa, wiecznie modna czerwień na wszystkie pory roku,  Twin Sweater Set - karmazynowa, lśniąca czerwień, która nigdy się nie nudzi, Cashmere Bathrobe - niezwykła szarość z dodatkiem srebrnych drobinek.

Seche Vite - dobry top coat to dla mnie podstawa udanego manicure. Seche Vite idealnie spełnia swoją rolę, błyskawicznie wysusza lakier, utwardza go, pięknie nabłyszcza i przedłuża jego trwałość. Nic więcej mi nie trzeba. No dobra, może ładnego zpachu bo tutaj akurat nie można na to liczyć, poza tym nie mam mu nic do zarzucenia.

Chanel, Perfection Lumiere Velvet - podkład lekki jak mgiełka. Zaaplikowany palcami świetnie się rozprowadza, nie tworzy smug  i idealnie stapia się z cerą  dając satynowe wykończenie. To taki kosmetyk, który po nałożeniu wygląda jak druga skóry tyle, że zdecydowanie ładniejsza. Wygładza, wyrównuje koloryt, ukrywa zaczerwienia i tuszuje niewielkie skazy. O masce nie ma tu mowy, cera jest rozpromieniona i wygląda świeżo, a z drugiej strony jest matowa. Podkład nie przyspiesza przetłuszczania skóry, nie wchodzi w załamania, co do trwałości też nie mam zastrzeżeń, na mojej mieszanej cerze trzyma się dobrych kilka godzin. Kupuję regularnie i chyba jeszcze długo tak pozostanie. Wam też go polecam.



MAC, Waterproof Perfect Brow Set - czyli tusz do brwi, który w kilka sekund poprawia ich wygląd. Definiuje je,  przyciemnia, utrwala i zagęszcza. Mała szczoteczka ułatwia malowanie, a sam tusz jest bardzo trwały, nie rozmazuje się i nie spływa. Ja lubię go za łatwość w aplikacji, trwałość, efekt jaki daje (piękne, gęste brwi) oraz kolor, który idealnie pasuje do mojej karnacji, a także koloru włosów. Do tego jest bardzo wydajny. Lubię.

Chanel, Les Beiges - puder inny niż wszystkie. Niby matuje, a jednocześnie rozpromienia cerę pozostając przy tym niewidoczny. Idealny do wykończenia makijażu, do poprawek w ciągu dnia, a także do "odświeżenia" skóry gdy potrzebujemy zatuszować zmęczenie. Dla mnie to taki czarodziej w kompakcie i mam go zawsze przy sobie. Ponadto jest bardzo wydajny, pięknie pachnie różami!, a dołączony pędzel naprawdę daje radę. Sprawdzi się zarówno na cerach normalnych jak i mieszanych. Polecam.

Chanel, Illusion D'ombre  - i kolejny kosmetyk Chanel w tym zestawieniu, tym razem to kremowy cień. Puszysta konsystencja, łatwość aplikacji i niesamowity efekt na powiekach to trzy aspekty, które sprawiają, że go uwielbiam. Cień świetnie się rozprowadza, dobrze blenduje, nie tworzy plam i mimo zawartości błyszczących drobinek sprawdza się idealnie także na co dzień, a efekt jaki daje na powiekach jest prze-genialny. Minusem jest niestety trwałość, kosmetyk po kilku godzinach zbiera się w załamaniach, ale problem rozwiązuje użycie bazy. 



Nyx, Butter Gloss - kremowe, gęste i mega odżywcze błyszczyki, z którymi się nie rozstaję. Są bardzo komfortowe, nie lepią się, ładnie uwydatniają usta, a mały, wygodny aplikator pozwala perfekcyjnie nałożyć kosmetyk nawet bez użycia lusterka. Co fajne, bardzo dobrze nawilżają więc przy suchych czy spierzchniętych ustach nie musimy rezygnować już z nakładania z koloru, wystarczy mieć Butter Gloss. Błyszczyk dostępny jest w kilku albo i nawet kilkunastu kolorach z czego ja mam 3. Na zdjęciu dwa ulubione czyli Cherry Pie - piękna, soczysta czerwień, która w kilka sekund ożywia twarz oraz Maple Blondie - kolor typu nude, idealny na każdą okazję, zawsze i wszędzie.

Diptyque, L'ombre Dans L'eau i Philosykos - dwa całkiem różne, dwa nietypowe i zarazem wyjątkowe zapachy. L'ombre Dans L'eau to aromatyczny, mocno zielony zapach w którym róża łączy się z liśćmi porzeczki. Niesamowicie trwały i bardzo tajemniczy. Lubię się nim otaczać szczególnie w te ciepłe dni, ale i teraz, zimą, bardzo chętnie po niego sięgam. Philosykos to zapach nieco inny. Bardziej ciepły, nieco słodki i otulający. Tutaj główne nuty to figowiec, jego liście, owoce, kora, ale nie tylko bo w tle wybija się cedr i mleczko kokosowe. Jest miło, jest fajnie. Na jesień i zimę ideał. W obu jestem tak samo zakochana, oba uwielbiam, a inne perfumy poszły w odstawkę. Jest miłość no <3



Znacie te produkty? A może macie ochotę poznać? Co podbiło Wasze serce w 2015 roku?

29.11.15

Ulubieńcy - listopad 2015

Choć według kalendarza mamy jeszcze jesień to pogoda za oknem wskazuje zupełnie coś innego. Temperatury są coraz niższe, dni zdecydowanie za krótkie, a brak słońca sprawia, że nie mam ochoty wychodzić spod kołdry. Taka ponura pogoda nie sprzyja też robieniu zdjęć na bloga, ale co tam ,ulubieńcy muszą być, tym bardziej, że mam Wam do pokazania mnóstwo fantastycznych kosmetyków! No to co, zaczynamy :)



Pat&Rub, Otulający Scrub do ciała - nadal uważam, że jest zdecydowanie za tłusty, ale ujął mnie  przepięknym, ciepłym zapachem i fantastycznymi właściwościami, zarówno złuszczającymi jak i nawilżającymi. Wystarczy dosłownie chwila aby szara, szorstka i zmęczona skóra stała się gładka, jędrna, odżywiona i zregenerowana. Fakt, peeling pozostawia na niej tłusta warstwę, która może być uciążliwa, ale gdy już się wchłonie możemy cieszyć się doskonałym nawilżeniem przez długi czas. Ciesze się, że dałam mu drugą szansę i Wam też go polecam. Na zimę najlepszy. Wygładzi, nawilży, zregeneruje i otuli zapachem.

Aesop, Bitter Orange Astringent Toner - nie wyobrażam już sobie pielęgnacji twarzy bez użycia toniku, co powtarzałam ostatnio na blogu nie raz. Ten marki Aesop dopasowany jest do większości typów skóry, usuwa zanieczyszczenia, rewelacyjnie odświeża, wygładza i nadaje skórze matowy wygląd. Do tego jest niesamowicie łagodny, przyjemnie nawilża, a jego ziołowy zapach dodaje energii. W składzie zawiera m.in. zieloną herbatę, który bogata jest w przeciwutleniacze i ma zbawienny wpływ na skórę. Dla mnie genialny i muszę przyznać oficjalnie, że lubię go na równi z hipoalergicznym tonikiem Pat&Rub. 


Alpha H, Balancing Cleanser with Aloe Vera  - w ulubieńcach pojawia się już kolejny raz, ale co zrobić, uwielbiam! Gęsty,  niesamowicie łagodny, kremowy preparat do oczyszczania twarzy. Moje serce podbił niemalże od razu, ale im dłużej go używa tym bardziej doceniam. Doskonale oczyszcza skórę z resztek makijażu, sebum i innych zanieczyszczeń, a także, co ważne, nie narusza bariery hydrolipidowej, a wręcz nawilża. Odkąd go używam nie walczę już z suchymi skórkami, strefa T nie przetłuszcza się tak bardzo jak kiedyś, a skóra po oczyszczaniu nie jest ściągnięta czy podrażniona. No fantastyczny produkt, który musicie wypróbować, szczególnie teraz gdy skóra powinna być porządnie nawilżana i traktowana łagodnie.

Tarte, Paletka Róży  - najpierw ją chciałam, później pojawiła się chwila zwątpienia, ale gdy tylko trafiła w moje ręce zakochałam się i teraz sięgam po nią niemalże codziennie. W opakowaniu znajduje się pięć róży,  każdy wyjątkowy, fantastycznie napigmentowany i trwały. Nie sprawiają problemu przy aplikacji, fantastycznie się rozcierają, jeszcze lepiej stapiają ze skórą i trwają na niej niemalże cały dzień. Na uwagę zasługuje również fakt, że mają organiczny skład, nie obciążają ani nie zapychają skóry, a dzięki bogatej gamie kolorów niemalże każdego dnia możemy nosić inny kolor na policzkach w zależności od nastroju czy okazji. A każdy, naprawdę każdy jest fantastyczny! 




Bumble&Bumble, Thickening Hairspray - i kolejny kosmetyk, który w ulubieńcach pojawia się ponownie. No niestety, przy cienkich, oklapniętych włosach jest tak, że bez produktu dodającego objętości ani rusz. Ten marki Bumble&Bumble kolejny raz pokazał, że jest jednym z lepszych produktów w tej kategorii. Lekki, łatwy w obsłudze, w duecie z suszarką daje naprawdę fantastyczne efekty, a w połączeniu z obrotową szczotką to już w ogóle mega! Unosi włosy u nasady, zwiększa ich objętość, nadaje fryzurze strukturę, a wszystko to bez niepotrzebnego sklejania czy obciążania. Włosy pozostają lekkie, puszyste i są podatne na układanie i tak przez cały dzień. Zapach i wydajność również na plus.

L'oreal,  Brow Artist Plumper  - ostatnio w blogosferze głośno było o tym tuszu do brwi, a że lubię testować nowości chętnie po niego sięgnęłam. Do tej pory moim ulubieńcem był Pro Longwear Waterproof Brow Set od MAC, ale L'oreal wcale nie jest gorszy. Wybrałam odcień dla brunetek, czyli średni brąz w zimnym odcieniu za co duży plus. Wystarczy jedno pociągnięcie i już, brwi z miejsca są zagęszczone, przyciemnione i zdefiniowane. Tusz je delikatnie usztywnia i trzyma w jednym miejscu, jest też trwały, a szczoteczka jest mała i pozwala precyzyjnie zaaplikować kosmetyk. Cena też jest w porządku, szczególnie w promocji. Jestem na TAK :) 










Chanel, Rouge Allure Gloss, Sensible - uwielbiam za wszystko począwszy od opakowania, totalnie minimalistyczne tak jak lubię, poprzez przyjemną, gęstą konsystencję, a kończąc na neutralnym kolorze, który pasuje każdemu, zawsze i wszędzie. W listopadzie sięgałam po niego najczęściej. Dodaje ustom blasku, delikatnie je uwydatnia, można go aplikować bez użycia lusterka, a przyjemny zapach sprawia, że mam ochotę go zjeść. Przyjemnie też nawilża co przy niskich temperaturach jest dużą zaletą. Niestety jest trochę lepki, ale wybaczam. Koniecznie go kupcie, jeśli nie sobie to może komuś bliskiemu na prezent? Myślę, że żadna kobieta nie pogardzi tym cudem ;)

Nuxe, Reve de Miel, Łagodny Żel do twarzy i ciała - już od dawna do oczyszczania skóry używam tylko łagodnych, organicznych żeli oczyszczających, ale gdy przychodzi jesień dodatkowo zależy mi aby kosmetyk którym myję ciało oprócz łagodności wykazywał również działanie nawilżające i regenerujące. Ultrabogaty, miodowy żel Nuxe idealnie wpisuje się w moje potrzeby. Ma gęstą, oleistą konsystencję, skutecznie, ale łagodnie oczyszcza pozostawiając skórę miękka, elastyczną i nawilżoną, ale nie tylko bo też pięknie pachnącą. A  uwierzcie mi, zapach ten żel ma po prostu boski! Ciepły, otulający, umila czas spędzony pod prysznicem i wypełnia całą łazienkę. Jak nazwa wskazuje można stosować go również do mycia twarzy, ja się nie odważyłam, ale myślę, że u osób z suchą cerą mógłby sprawdzić się wyśmienicie.

I to już wszyscy moi ulubieńcy. Znacie coś? Co Wam wpadło w oko? Koniecznie pochwalcie się swoimi ulubieńcami :) Czekam na Wasze komentarze ;)

19.11.15

Jesienne nowości

Po olbrzymich zużyciach, które mogłyście zobaczyć tutaj >klik<, na moich półkach zrobiło się pusto,  koniecznie więc musiałam uzupełnić zapasy, stąd przybyło mi trochę nowości, a że dawno nie było postów tego typu postanowiłam dzisiaj zrobić krótką prezentację. Część kosmetyków jest już w użyciu więc jeśli coś szczególnie Was zainteresuje koniecznie dajcie znać, postaram się wtedy przygotować pełną recenzje :) Żeby nie przedłużać, zaczynamy.



Na początek nowości, które poczyniłam na Gran Canarii. W końcu miałam możliwość pobuszować w salonie Kiehl's i zobaczyć, pomacać oraz powąchać wszystko na żywo. Muszę się przyznać, że miałam ochotę kupić większość asortymentu, ale poprzestałam na dwóch produktach czuli szamponie Amino Acid, o którym pisałam już w ulubieńcach >klik< oraz słynnym kremie marki czyli Ultra Facial Cream, jestem go niesamowicie ciekawa, ale póki co grzecznie czeka w szafce. Odwiedziłam też MAC, ale zbytnio nie zaszalałam. Miałam zamiar kupić korektor pod oczy z serii Prep + Prime, niestety nie było odcienia, który chciałam więc skusiłam się jedynie na puder matujący - Blot Powder, o którym czytałam dużo dobrego. Jest już w użyciu i wydaje się ok, chociaż mojej strefy T chyba nic nie jest w stanie utrzymać w ryzach. Teraz żałuję, że nie kupiłam jeszcze pomadki w kolorze Russian Red, odcień ma więcej niż boski, jednak co się odwlecze... Nie mogłam przejść obojętnie obok kosmetyków Rituals i skusiłam się na piankę pod prysznic (brak na zdjęciu) oraz peeling do dłoni Miracle Scrub, który okazał się naprawdę świetny! Niskie ceny w perfumeriach strasznie kusiły (na Wyspach Kanarysjkich kosmetyki oraz perfumy są tańsze o podatek vat), ale nie dałam się i kupiłam tylko to co potrzebne czyli korektor pod oczy Sheer Eye Zone Corrector - Shiseido, dwa błyszczyki: Lust For Lacquer -  Marc Jacobs  w przepięknym, czerwonym kolorze Lust For Life oraz Rouge Allure Gloss - Chanel w nudziakowym odcieniu Sensible, a także ulubiony podkład czyli Perfection Lumiere Velvet również od Chanel.

Kolejne nowości to kosmetyki z perfumerii Galilu. Kupiłam je jeszcze podczas pobytu w Norwegii i czekały na mnie kilka dobrych tygodni, a mamy tutaj Organiczny Antyperspirant oraz olejek do ciała Awaken Body Oil marki Erbaviva, oczyszczającą maseczkę REN - Invisibles Pores Detox Mask oraz 3 produkty Aesop: pastę złuszczającą do twarzy Purifying Facial Exfoliating Paste, żel do mycia twarzy Fabulous Face Cleanser oraz tonik Bitter Orange Astringent Toner. Wszystko prócz peelingu jest już w użyciu i póki co mogę napisać, że jestem bardzo zadowolona , a szczególnie z toniku, który fantastycznie odświeża i nawilża skórę, a także pięknie, ziołowo pachnie.




W tym wszystkim nie mogło zabraknąć kosmetyków od moich ulubionych polskich marek czyli Phenome oraz Pat&Rub. Z Phenome skusiłam się na różany olejek do ciała Relaxing Masssage Oil, uwielbiam!, cukrowy krem do rąk Anti-Aging Hand Therapy, również uwielbiam!, oraz piankę do mycia twarzy Non Drying Cleansing Foam. Jeszcze jej nie używałam, ale już nie mogę doczekać się momentu, aż w końcu ją otworzę. Z Pat&Rub kupiłam natomiast Krem pod Oczy, który chodził za mną już od dawna, Otulający Balsam do stóp oraz Otulający Scrub Cukrowy do którego tłustej konsystencji chyba nigdy się nie przekonam, ale stosowany na sucho złuszcza wręcz fantastycznie, a do tego przyjemnie nawilża, no i ten zapach, boski! <3




I ostatnie nowości czyli mój zdecydowanie ulubiony krem do rąk Hemp Hand Protector od The Body Shop i małe zamówienie z Blisko Natury gdzie kupiłam kilka naturalnych, polskich kosmetyków czyli mydło w płynie Figa marki Yope, fantastyczne!, mydło w kostce kryjące się pod nazwą Pokrzywa od Purite, mam nadzieję, że też będzie super, Tonik Nawilżający - Fitomed, którym kusiła Dagmara z bloga Infinity, oraz Płyn MicelarnySylveco do którego regularnie i chętnie wracam. Jest w 100% naturalny, łagodny i skuteczny.





Teraz przypomniało mi się, że całkowicie zapomniałam o paletce róży marki Tarte, w której zakupie pomogła mi kochana Justyna (dziękuję :*), ale nic straconego, jeszcze na pewno się tutaj pojawi.

Znacie coś z tej gromadki? A może coś Was szczególnie zainteresowało? Jestem bardzo ciekawa, dajcie znać :)

PS. Do 15-go stycznia 2016 na stronie www.danielwellington.com/pl/ z hasłem blackraspberryblog wszystkie zegarki kupicie 15% taniej. Nie zapominajcie o darmowej wysyłce do każdego zakątka świata :)

30.9.15

Ulubieńcy - wrzesień 2015

Wrześniowi ulubieńcy to głównie nowości, które jakiś czas temu zasiliły moje kosmetyczne zbiory, ale nie tylko bo znalazły się tutaj również kosmetyki, które w poście z ulubieńcami już się kiedyś pojawiły, ale są tak genialne, że zdecydowanie ponownie zasłużyły sobie na to miano. No dobra, żeby nie przedłużać zaczynamy bo jest tego całkiem sporo ;)


INSIGHT, Loos Control - rewelacyjny, w pełni naturalny skład, ładny zapach, duża pojemność, przyjemna cena, a do tego niezwykła łagodność i rewelacyjne działanie. Tak w skrócie mogę opisać szampon Loos Control, który okazał się zdecydowanym hitem i póki co wyparł inne stosowane przeze mnie kosmetyki tego typu. Nie podrażnia skalpu, a wręcz łagodzi, idealnie oczyszcza, a także odżywia włosy, które to po jego zastosowaniu są lekkie, puszyste, odbite od nasady, błyszczące oraz wygładzone, a wszystko to bez niepotrzebnego obciążenia. Szampon świetnie też przedłuża świeżość oraz wzmacnia. Na pewno poświęcę mu osobny wpis ponieważ jest tego wart. Dodam jeszcze tylko, że to jeden z nielicznych szamponów naturalnych, który się u mnie naprawdę dobrze sprawdza. 

INSIGHT, Colored Hair - i kolejny produkt marki Insigth, który okazał się hitem, a mowa tu o masce przeznaczonej głównie do włosów farbowanych. Tutaj, tak jak w szamponie, skład również jest w 100% naturalny i po brzegi wypakowany substancjami odżywczymi, a znajdziemy w nim m.in.: organiczne ekstrakty z henny, masło z mango oraz oleje z nasion winogron i makadamia. Ta mieszanka sprawia, że maska działa na włosy niezwykle odżywczo, ochronnie, a także zapobiega wypłukiwaniu koloru. Moje włosy ostatnio były mocno maltretowane, przeszły kilka kąpieli rozjaśniających, następnie dla wyrównania koloru musiałam pokryć je farbą i muszę przyznać, że dzięki tej masce zniszczenia są niewielkie. Włosy wyglądają zdrowo, są gładkie, miękkie, nawilżone i idealnie odżywione. Kosmetyk ich nie obciąża ani nie przyspiesza przetłuszczania. Zapach też na plus. Ja jestem na TAK i serdecznie ją Wam polecam.


Alpha H, Balancing Cleanserwith Aloe Vera - tyle dobrego naczytałam się o tym mleczku oczyszczającym, że musiałam je w końcu wypróbować i nie zawiodłam się. Jest to najdelikatniejszy produkt do oczyszczania skóry z jakim się spotkałam, a przy tym bardzo skuteczny. Ma niezwykle kremową i przyjemną konsystencję, idealnie usuwa ze skóry zanieczyszczenia, resztki makijażu, kremu czy też sebum jednocześnie nie naruszając warstwy hydrolipidowej naskórka. Po jego użyciu kóra jest czysta, odświeżona, ale nie tylko. Śmiało mogę napisać, że jest też miękka, gładka i nawilżona, a także ukojona. Ja lubię stosować to mleczko szczególnie rano, ale wieczorem też często po nie sięgam. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że skóra nie przesusza się, jest nawilżona, a strefa T uspokoiła się i produkuje znacznie mniej sebum. Balancing Cleanser przeznaczony jest dla wszystkich typów skóry, szczególnie wrażliwej oraz suchej, ale jak widzicie na mojej mieszanej też sprawdza się świetnie. Uwielbiam!

Chanel, Perfection Lumiere Velvet - podkład ten znalazł się już jakiś czas temu w ulubieńcach, ale we wrześniu sięgałam po niego tak często, że zdecydowanie musiałam go tutaj pokazać. Jest idealny! Kiedyś nakładałam go pędzlem czy też Beauty Blenderem, jednak zauważyłam, że najpiękniej wygląda, a zarazem najdłużej utrzymuje się zaaplikowany po prostu palcami. Jego lekka konsystencja świetnie się rozprowadza, a także pięknie stapia ze skórą, dzięki czemu podkład jest niemalże niewidoczny, a przy tym cera wygląda zdrowo, ma wyrównany koloryt, jest wygładzona i niby matowa, ale jednak delikatnie rozświetlona. Dla mnie to taki mały cudotwórca. Jeśli lubicie lekkie konsystencje i średnie krycie koniecznie się mu przyjrzyjcie lub też poproście o próbki w perfumerii, to nic nie kosztuje, a może znajdziecie ulubieńca ;)


The Body Shop, Shea Shower Gel - można by pomyśleć , że to zwykły żel, ale dla mnie jest niezwykły! Głównie ze względu na zapach, no cóż nie potrafię go opisać, ale ma coś w sobie, że uzależnia, przyciąga i sprawia, że mam ochotę się nim otulać. Zresztą sam żel też jest w porządku, ma przyjemną, kremową konsystencję, w duecie z myjką rewelacyjnie się pieni, dobrze oczyszcza i nie wysusza skóry. Jest też bardzo wydajny i często można kupić go w promocji. Ja nie wyobrażam sobie bez niego jesienno-zimowego okresu. Mam też masło z tej serii, ale grzecznie czeka w zapasach. Co więcej, mam też ochotę na mgiełkę o tym zapachu, jest boski i już! Jeśli nie go znacie koniecznie sprawdźcie podczas wizyty w TBS! ;)

Dermalogica, Gentle Cream Exfoliant - jeszcze nie tak dawno peelingi enzymatyczne w ogóle mnie nie kręciły i sięgałam tylko po te mechaniczne, a tu proszę bardzo, nie dość, że je stosuję, to jeszcze bardzo  polubiłam, a ten od Dermalogica kupił mnie na tyle, że w ulubieńcach pojawia się już drugi raz. Co tu dużo mówić, ma moc! Pozostawiony na 15-20 minut skutecznie rozprawia się z martwym naskórkiem, cudnie wygładza, rozjaśnia, a także przyspiesza gojenie wyprysków. Ale to nie wszystko bo stosowany regularnie, przynajmniej 1-2 razy w tygodniu, pomaga wyrównać koloryt, pozbyć się przebarwień, a przynajmniej tych potrądzikowych oraz pobudza skórę do samoregeneracji co sprawia, że jest ona elastyczna i jędrna. Niestety nie jest łagodny, jak nazwa na to wskazuje, dlatego osobom z cerą wrażliwą go odradzam, a pozostałym jak najbardziej polecam. Nie zawiedziecie się.



Diptyque, Philosykos edt - wszystko zaczęło się od małej niewinnej próbki, a skończyło jak widać. Philosykos to zapach, który porwał i zarazem rozkochał mnie w sobie niemalże natychmiast. Jest prosty, a zarazem intrygujący. Pachnie figowcem, jego liśćmi, korzeniami, owocami, ale nie tylko bo w tle wyczuć można też delikatną, słodką nutę mleczka kokosowego oraz ciepło białego cedru jednak nie tak od razu. W pierwszej chwili jest intensywnie i zielono, dopiero po kilku minutach zapach układa się na skórze i łagodnieje. Jesień to chyba najlepszy okres żeby go nosić, a przynajmniej dla mnie. Lubię jak mnie otula i rozgrzewa. Trwałość ma przeciętną. Na skórze utrzymuje się 4-5 godzin, ale na ubraniach jest już lepiej. Tutaj jest wyczuwalny aż do czasu prania. Gdybyście miały ochotę sprawdzić go na sobie to podpowiadam, że w sklepie Galilu.pl można zamówić próbkę ;)

Ok, to już wszyscy moi ulubieńcy. Teraz Wasza kolej! Koniecznie napiszcie co Was zachwyciło we wrześniu? 

Do następnego, Marlena ;)

28.6.15

Nowości - Czerwiec 2015

Dzisiaj post lekki i przyjemny czyli, jak już wskazuje tytuł, przegląd nowości ;) Gdyby nie to,  że musiałam zebrać wszystkie kosmetyki do zdjęć nawet nie wiedziałabym, że w czerwcu przybyło mi ich tak dużo! Na szczęście część z nich to prezenty, część to uzupełnienie braków, ale są też zachcianki, tylko ciii. Ja wybieram się na zakupowy odwyk, a Was zapraszam na krótką prezentację :)

Sama nie wiem od czego zacząć, ale może zacznę od zakupów poczynionych w Norwegii. Skuszona promocjami w sklepie internetowym Blush.no kupiłam głęboką odżywiającą maskę Bumble&Bumble - Mending Masque, odżywkę zwiększająca objętość Thickening Conditioner tej samej marki oraz pastę Marvis - Whitening Mint, która jest naprawdę świetna i już wiem, że zagości u mnie na stałe. Na Blivakker.no zamówiłam dwa produkty marki marki REN czyli ulubiony ostatnio tonik - Clarifying Toner oraz peeling solny Guerande Salt Exfoliating Body Balm. Po pierwszych testach muszę przyznać, że jest cudowny! W kolejnym norweskim sklepie, Vita.no, skusiłam się na różany duet marki Korres - Japanese Rose Shower Gel i Japanese Rose Body Milk, oba produkty były akurat objęte promocją -50%, a ja miałam na nie ochotę od dawna więc same chyba rozumiecie, przy okazji do koszyka wrzuciłam micel Micellar Cleansing Water - Garnier. Miałam go już kiedyś i nawet się polubiliśmy więc z przyjemnością do niego wróciłam, tym bardziej, że ma dużą pojemność, jest wydajny i tani. Ostatnie norweskie zakupy pochodzą z Eleven.no i mamy tutaj moje ukochane mydła w płynie Pure Castile SoapDr. Bronner's, jeden z moich ulubionych błyszczyków Butter Gloss - NYX (pełna recenzja >klik<) w kolorze Peach Cobbler, dobrze zapowiadający się krem CC/Color Correcting Cream - Lumene oraz dwa produkty marki Rimmel czyli lakier 60 Seconds Super Shine by Rita Ora w kolorze Glaston Berry, o którym pisałam już tutaj >klik< i pomadkę Moisture Renew w kolorze In Love with Ginger.





Zestaw miniaturek Body&Volume Try Me Kit - Philip Kingsley oraz maseczka Antipodes - Aura Manuka Honey Mask, swoją drogą genialna!, to zakupy z Lookfantastic.com. Natomiast pozostałe kosmetyki to już nowości, które przyjechały do mnie z Polski. Samoopalający Balsam do Ciała marki Pat&Rub wgrałam już jakiś czas temu w rozdaniu u Marty z bloga Kosmetykove Love. Masło do ciała Chocolate Bronzing Body Butter - Organique oraz CC Cream - Chanel to prezenty od mamy, a puder Les Beiges, również Chanel, w kolorze Mariniere 01 to prezent od taty. Matową pomadkę NYX - Soft Matte Lip Cream w kolorze Ibiza, cudo!, sprezentowałam sobie sama. Kupiłam ją na stronie Douglasa, akurat robiłam tam zakupy dla mamy, pomadka była przeceniona i tak jakoś wpadła do wirtualnego koszyka ;) Ostatnie nowości, które zasiliły moje kosmetyczne zbiory to dwa kremy marki Fridge by yDe - magiczny ff.1 fabulous face oraz delikatny i lekki 1.0 silky mist. Co tu dużo mówić, stosuję je od kilku dni, ale już zdążyły podbić moje serce, a także moją skórę. Są genialne i nie omieszkam napisać o nich więcej także spodziewajcie się obszernych recenzji ;)



I to już wszystkie czerwcowe nowości. A co ostatnio zasiliło Wasze kosmetyczne zbiory? Dajcie znać ;)

14.3.15

Chanel - Perfection Lumiere Velvet

Podkład to kosmetyk bez którego nie wyobrażam sobie po prostu życia. Mogę nie używać tuszu, mogę nie używać różu, bronzera, rozświetlacza, cieni do oczu, ale bez podkładu nie potrafię się obejść. Oczywiście nie nakładam go codziennie bo np. siedząc przez cały dzień w domu nie widzę potrzeby się malować i wolę dać cerze odpocząć, ale wychodząc zawsze jakiś ląduje na mojej twarzy. W ostatnim czasie najczęściej sięgam po bohatera dzisiejszego posta czyli Chanel - Perfection Lumiere Velvet...


Jest to beztłuszczowy podkład o kremowo-płynnej, troszkę lejącej konsystencji. Nie sprawia problemów podczas aplikacji, dobrze sunie po skórze i rewelacyjnie się rozprowadza. Ja aplikuję go zawsze pędzlem widocznym na zdjęciach - Zoeva 102 - i za każdym razem efekt jest idealny. Kosmetyk nie robi smug i pięknie stapia się ze skórą (nie ma mowy o masce), dając matowe wykończenie, ale nie płaskie, o nie! Skóra jest matowa, a zarazem subtelnie rozświetlona i promienna. Wygląda mega naturalnie i pięknie. Efekt jest rewelacyjny. I ta lekkość, ahh. Perfection Lumiere Velvet jest tak lekki, że aż niewyczuwalny na skórze. Naprawdę! Jeszcze nigdy nie miałam tak lekkiego podkładu. Po prostu bajka.


Krycie jest tutaj lekkie do średniego i bez problemu możemy je stopniować. Przy jednej warstwie Perfection Lumiere Velvet świetnie wyrównuje koloryt skóry, ukrywa drobne zaczerwienia, przebarwienia i małe wypryski. Z większymi skazami sobie nie radzi (co będziecie mogły zobaczyć na zdjęciu niżej), ale od tego mamy korektor. Kosmetyk niestety lubić podkreślać suche skórki więc używając go cera musi być dobrze przygotowana i przede wszystkim odpowiednio nawilżona.


Jeśli chodzi o trwałość to jest naprawdę dobra. Na mojej mieszanej, kapryśnej cerze Perfection Lumiere Velvet wytrzymuje do 7-8 godzin gdy jest nieprzypudrowany, a następnie się ściera, natomiast "zagruntowany" trzyma się znacznie dłużej. Nie matowi na tak długo jak bym chciała i po ok. 3-4 godzinach od aplikacji muszę użyć bibułek matujących, ale nie przeszkadza mi to ponieważ nawet po poprawkach makijaż cały czas prezentuje się świetnie, a twarz jest promienna. Kosmetyk nie obciąża, nie przesusza ani nie zapycha skóry.


Opakowanie nie jest może zbyt wyszukane, ale moim zdaniem jest naprawdę świetne. Małe, minimalistyczne, lekkie, poręczne i praktyczne. Idealne przede wszystkim dla osób, które dużo podróżują i liczy się dla nich każdy gram. Ta czarna buteleczka mieści w sobie 30 ml szalenie wydajnego podkładu, który w regularnej cenie kosztuje 189 zł i dostępny jest w 6 odcieniach. Mój to Beige z nr 20. Idealny piaskowy odcień bez grama różowych tonów. Ja jestem oczarowana tym kosmetykiem! Przeznaczony jest on do cer normalnych i mieszanych i takim cerom właśnie go polecam ;)


Poniżej zdjęcie jak Perfection Lumiere Velvet prezentuje się na skórze, nie przestraszcie się tylko! Moja cera przechodzi ostatnio kryzys, nie dość, że jest na maksa przesuszona to co chwilę pojawiają się na niej jacyś nowi nieprzyjaciele. Jak jednego uda mi się wytępić to wyskakuje kolejny i tak w kółko, ale walczę dzielnie ;)


Znacie ten podkład? Co o nim sądzicie? Macie ochotę się na niego skusić? Chętnie też dowiem się jakie są Wasze ulubiony podkłady więc dajcie koniecznie znać :)

24.2.15

Kosmetyczni Ulubieńcy Roku 2014/Kolorówka

Dziś, tak jak obiecałam w poprzednim poście, przychodzę z drugą częścią ulubieńców roku 2014. Tym razem kolorówka. Nie wiem czy jest tego dużo czy nie, jak sądzicie? Starałam się wybrać tylko takie kosmetyki, które muszę mieć pod ręka, po które sięgam cały czas i bez których ciężko byłoby mi się obejść gdyby ich zabrakło.


TWARZ

Annabelle Minerals, Podkład Mineralny, Wersja Matująca - nie jest to podkład całkowicie idealny, ale sięgam po niego bardzo często i chętnie, a jak tylko się skończy od razu kupuję kolejne opakowanie (teraz mam już chyba 4),a więc na miano ulubieńca zdecydowanie zasługuje. Najbardziej lubię go za krycie, wystarczy jedna cienka warstwa i cera wygląda idealnie, a także za szybką i łatwą aplikacje, naturalny wygląd na skórze oraz kolor (posiadam Golden Fair), który idealnie stapia się z kolorem mojej karnacji.

Estee Lauder, Double Wear Light - jeśli potrzebuje trwałego makijażu zawsze sięgam po ten podkład i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Jest bardzo lekki, ładnie stapia się ze skórą, nie tworzy maski, nie przesusza skóry, jest trwały i zapewnia mi mat na długie godziny, co bardzo sobie cenię ponieważ moja cera szybko się przetłuszcza. Używając innych podkładów niestety nie mam takiego komfortu jak po użyciu Double Wear Light. Mój nr.1.

Benefit, Rockateur - zaraz po zakupie ten róż nie był moim ulubieńcem, a teraz nie mogę się bez niego obejść, szczególnie w dni po ciężkiej nocy czy podczas długiej podróży, gdy czasem muszę zrobić małe poprawki żeby wyglądać jak człowiek ;). Jest to taki kosmetyk 3w1, czyli róż, bronzer i rozświetlacz. Nałożony na kości policzkowe natychmiast ukrywa zmęczenie, ożywia twarz, odmładza i rozświetla, a także ładnie modeluje. Poza tym jest przyjemny w aplikacji, nie tworzy plam i trzyma się przez wiele godzin.


The Balm, Bahama Mama - czyli kultowy rozświetlacz, który zachwycił i mnie, choć wiem, że ma też swoich przeciwników. Świetnie spisuje się jako kosmetyk do konturowania, a także w roli różu. Ma ładny, neutralny kolor, który na mojej jasnej karnacji wygląda naprawdę dobrze. Nie sprawia problemów podczas aplikacji, ładnie się rozciera, ale trzeba uważać ponieważ jest mocno napigmentowany. Jednak jak ja nie zrobiłam sobie nim krzywdy to i Wy też sobie nie zrobicie.

Chanel, Les Beiges - to mały cudotwórca, który w kilka sekund zmienia całą twarz. Zmiękcza rysy, tworzy niewidzialną woalkę, matuje, a jednocześnie dodaje cerze blasku i pięknie rozświetla, mimo iż nie zawiera drobinek. Do tego jest bardzo lekki, nie przesusza skóry, pięknie pachnie i świetnie sprawdza się do poprawek w ciągu dnia. Ja mam go zawsze w torebce i myślę, że jeszcze długo nic w tej kwestii się nie zmieni. Uwielbiam.

The Balm, Down Boy - mój zdecydowanie ulubiony róż, po który w 2014 roku sięgałam najczęściej i w sumie nadal najchętniej po niego sięgam. Uwielbiam go za kolor, który nie tylko pozwala uzyskać naturalny rumieniec, ale także pięknie ożywia i rozpromienia całą twarz. Nie mam też zarzutów co do aplikacji, róż dobrze sie nakłada i rozciera, a trwałość na twarzy i wydajność kosmetyku to dodatkowe zalety Down Boy. Jeśli lubicie naturalny makijaż to serdecznie polecam.

L'oreal, Lumi Magique, Korektor Rozświetlający - to kosmetyk, który działa jak za dotknięciem magicznej różdżki. Pięknie rozświetla spojrzenie, dodaje oczom blasku, a także, jeśli trzeba, ukrywa zmęczenie. Do tego jest lekki, nie podrażnia ani nie przesusza skóry pod oczami, nie wchodzi w zmarszczki/załamania i jest bardzo wydajny. No i można dorwać go na promocji w naprawdę niskiej cenie. Jak widzicie ma same zalety ;)


OCZY

Giorgio Armani, Eyes to Kill Excess - ten tusz na początku bardzo mnie rozczarował, ale po kilku tygodniach "dojrzał", pokazała co potrafi  i stał się moim ulubieńcem. Cóż za obrót sprawy, prawda? :) Przechodząc do tuszu to jest on bardzo trwały, nie osypuje się ani nie kruszy, nie podrażnia oczu,  a  także, co dla mnie najważniejsze, rewelacyjnie pogrubia rzęsy i dodaje im objętości . Efekt ten możemy stopniować, zaczynając od delikatnego po naprawdę mocny. Natomiast szczoteczka  świetnie rozczesuje, rozdziela i wydłuża. Póki co mój nr. 1.

The Balm, Put a Lid On It, Baza pod cienie - i kolejny kosmetyk The Balm, który jest moim ulubieńcem. Tym razem jest to baza pod cienie. Pewnie będziecie się śmiały, ale jest to mój pierwszy kosmetyk tego typu. W sumie nie mam porównania z innymi bazami, ale ta robi co ma robić i jak dla mnie jest super. Zdecydowanie przedłuża trwałość cieni, podbija ich kolor, jest łatwa w aplikacji i szalenie wydajna. Nic więcej od niej nie wymagam.

Chanel, Illusion D'ombre, 83 Illusoire - uwielbiam ten kosmetyk za wszystko, zaczynając od opakowania, idąc przez delikatną, piankową konsystencję, a kończąc na kolorze i efekcie jaki daje. Na powiece tworzy piękną taflę skrzącą się mnóstwem drobinek, ale nie jest to efekt disco, musicie mi uwierzyć. Ja lubię używać go szczególnie na wieczór, ale na co dzień również jest ok. Szczególnie, że Illusoire to ziemisty, poszarzały brąz, który jest neutralny, świetnie pasuje do wielu stylizacji i jest fajnym uzupełnieniem delikatnego, naturalnego makijażu. Na plus zaliczyć muszę również szybką i bezproblemową aplikację. Dla mnie mistrz ;)

MAC, Paint Pot, Groundwork - czyli mój ulubiony cień  do dziennego makijażu. Ma kremową konsystencję, która gładko rozprowadza się na powiekach, nie ważne czy nakładamy go palcem czy pędzlem, szybko zasycha i jest nie do ruszenia. Nawet bez bazy na moich tłustych powiekach trzyma się cały dzień. Kolor, który posiadam to średni odcień naturalnego brązowoszarego, moim zdaniem jest piękny i ładnie, acz delikatnie podkreśla spojrzenie.

MAC, Pro Longwear Waterproof Brow Set, Bold Brunette - odkąd kupiłam ten tusz do brwi nie wyobrażam sobie już bez niego mojego makijażu. Kolor, który posiadam jest dla mnie idealny, a sam kosmetyk jest łatwy w obsłudze i w kilkanaście sekund daje świetne efekty. Po jego zastosowaniu brwi są przyciemnione, wypełnione, ułożone, delikatnie usztywnione i mają zdrowy połysk. Poza tym tusz jest trwały i bez problemu trzyma się na brwiach aż do czasu demakijażu.


USTA

Chanel, Rouge Coco Shine, 61 Bonheur - lubię sięgać po tą pomadkę i gdyby nie słaba trwałość to byłaby idealna. Ma świetną konsystencję, równomiernie pokrywa usta kolorem, delikatnie je powiększa, dodaje im blasku, nawilża i wygładza. Zachwycona jestem też opakowaniem, jest trwałe, minimalistyczne i cieszy oko. Kolor który posiadam to ładny, dziewczęcy róż, idealny na co dzień i pasujący niemalże do wszystkiego.

Clinique, Colour Surge Butter Shine Lipstick, 457 Cherry Quartz - po tą pomadkę sięgam szczególnie zimą, ze względu na kolor, piękny, półprzezroczysty, wiśniowy, ale i w ciągu całego roku zdarza mi się jej czasem używać. Ma fajną, kremowo-żelową konsystencję, łączy w sobie zalety pomadki i połysk błyszczyka, powiększa usta, a także je pielęgnuje i odżywia. To moje drugie opakowanie i na pewno nie ostatnie.

Clarins, Instant Light Natural Lip Perfector, 05 Candy Shimmer - ten błyszczyk to moje małe odkrycie poprzedniego roku. Ma piękny zapach, jest łatwy w aplikacji, nie potrzebuję lusterka, rewelacyjnie powiększa usta, nadaje im delikatny kolor pełen blasku, a także działa jak najlepszy balsam. Koi usta gdy są spierzchnięte, świetnie odżywia, nawilża i wygładza. Jeśli jeszcze nie znacie tego cuda to szybko nadrabiajcie zaległości.

Korres, Mandarin Lip Butter, Rose SPF15 - długo zastanawiałam się czy umieścić tą pomadkę w poście z pielęgnacją czy kolorówką, ale postawiłam na to drugie ponieważ Mandarin Lip Butter często stanowi uzupełnienie mojego codziennego makijażu. Wystarczy chwila i dzięki niej usta nabierają ładnego, delikatnego, czerwonego odcienia, idealnego na co dzień, a przy okazji są nawilżone, wygładzone i chronione przed promieniowaniem UV.


PAZNOKCIE

Essie - już od kilku lat jestem wierna lakierom Essie i w zasadzie tylko lakiery tej marki kupuję. Odpowiada mi w nich przede wszystkim konsystencja, trwałość na paznokciach, duży wybór kolorów, design buteleczek, a także ciekawe nazwy ;) Moja kolekcja nie jest zbyt duża, stawiam raczej na klasyczne kolory, choć skuszę się też czasem na małe wariacje, ale w 2014 roku zdecydowanie rządziła klasyka. Moi faworyci to: Licorice - czyli klasyczna czerń,  głęboka i pięknie lśniąca, Cashmere Bathrobe - idealna szarość zawierająca mnóstwo malutkich srebrnych drobinek, ale nie nachalnych tylko delikatnych, przełamujących ten zwyczainy kolor oraz Jump In My Jumpsuit, pochodzący z nowej, zimowej kolekcji, to piękny odcień czerwieni, soczysty, wyrazisty i seksowny ;)


I to już wszystko :) Znacie moich ulubieńców? A może wpadło Wam coś w oko? Dajcie koniecznie znać ;)
 
Szablon zrobiony przez CreativeLight.pl