Dziś, tak jak obiecałam w poprzednim poście, przychodzę z drugą częścią ulubieńców roku 2014. Tym razem kolorówka. Nie wiem czy jest tego dużo czy nie, jak sądzicie? Starałam się wybrać tylko takie kosmetyki, które muszę mieć pod ręka, po które sięgam cały czas i bez których ciężko byłoby mi się obejść gdyby ich zabrakło.
TWARZ
Annabelle Minerals, Podkład Mineralny, Wersja Matująca - nie jest to podkład całkowicie idealny, ale sięgam po niego bardzo często i chętnie, a jak tylko się skończy od razu kupuję kolejne opakowanie (teraz mam już chyba 4),a więc na miano ulubieńca zdecydowanie zasługuje. Najbardziej lubię go za krycie, wystarczy jedna cienka warstwa i cera wygląda idealnie, a także za szybką i łatwą aplikacje, naturalny wygląd na skórze oraz kolor (posiadam Golden Fair), który idealnie stapia się z kolorem mojej karnacji.
Estee Lauder, Double Wear Light - jeśli potrzebuje trwałego makijażu zawsze sięgam po ten podkład i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Jest bardzo lekki, ładnie stapia się ze skórą, nie tworzy maski, nie przesusza skóry, jest trwały i zapewnia mi mat na długie godziny, co bardzo sobie cenię ponieważ moja cera szybko się przetłuszcza. Używając innych podkładów niestety nie mam takiego komfortu jak po użyciu Double Wear Light. Mój nr.1.
Benefit, Rockateur - zaraz po zakupie ten róż nie był moim ulubieńcem, a teraz nie mogę się bez niego obejść, szczególnie w dni po ciężkiej nocy czy podczas długiej podróży, gdy czasem muszę zrobić małe poprawki żeby wyglądać jak człowiek ;). Jest to taki kosmetyk 3w1, czyli róż, bronzer i rozświetlacz. Nałożony na kości policzkowe natychmiast ukrywa zmęczenie, ożywia twarz, odmładza i rozświetla, a także ładnie modeluje. Poza tym jest przyjemny w aplikacji, nie tworzy plam i trzyma się przez wiele godzin.
The Balm, Bahama Mama - czyli kultowy rozświetlacz, który zachwycił i mnie, choć wiem, że ma też swoich przeciwników. Świetnie spisuje się jako kosmetyk do konturowania, a także w roli różu. Ma ładny, neutralny kolor, który na mojej jasnej karnacji wygląda naprawdę dobrze. Nie sprawia problemów podczas aplikacji, ładnie się rozciera, ale trzeba uważać ponieważ jest mocno napigmentowany. Jednak jak ja nie zrobiłam sobie nim krzywdy to i Wy też sobie nie zrobicie.
Chanel, Les Beiges - to mały cudotwórca, który w kilka sekund zmienia całą twarz. Zmiękcza rysy, tworzy niewidzialną woalkę, matuje, a jednocześnie dodaje cerze blasku i pięknie rozświetla, mimo iż nie zawiera drobinek. Do tego jest bardzo lekki, nie przesusza skóry, pięknie pachnie i świetnie sprawdza się do poprawek w ciągu dnia. Ja mam go zawsze w torebce i myślę, że jeszcze długo nic w tej kwestii się nie zmieni. Uwielbiam.
The Balm, Down Boy - mój zdecydowanie ulubiony róż, po który w 2014 roku sięgałam najczęściej i w sumie nadal najchętniej po niego sięgam. Uwielbiam go za kolor, który nie tylko pozwala uzyskać naturalny rumieniec, ale także pięknie ożywia i rozpromienia całą twarz. Nie mam też zarzutów co do aplikacji, róż dobrze sie nakłada i rozciera, a trwałość na twarzy i wydajność kosmetyku to dodatkowe zalety Down Boy. Jeśli lubicie naturalny makijaż to serdecznie polecam.
L'oreal, Lumi Magique, Korektor Rozświetlający - to kosmetyk, który działa jak za dotknięciem magicznej różdżki. Pięknie rozświetla spojrzenie, dodaje oczom blasku, a także, jeśli trzeba, ukrywa zmęczenie. Do tego jest lekki, nie podrażnia ani nie przesusza skóry pod oczami, nie wchodzi w zmarszczki/załamania i jest bardzo wydajny. No i można dorwać go na promocji w naprawdę niskiej cenie. Jak widzicie ma same zalety ;)
OCZY
Giorgio Armani, Eyes to Kill Excess - ten tusz na początku bardzo mnie rozczarował, ale po kilku tygodniach "dojrzał", pokazała co potrafi i stał się moim ulubieńcem. Cóż za obrót sprawy, prawda? :) Przechodząc do tuszu to jest on bardzo trwały, nie osypuje się ani nie kruszy, nie podrażnia oczu, a także, co dla mnie najważniejsze, rewelacyjnie pogrubia rzęsy i dodaje im objętości . Efekt ten możemy stopniować, zaczynając od delikatnego po naprawdę mocny. Natomiast szczoteczka świetnie rozczesuje, rozdziela i wydłuża. Póki co mój nr. 1.
The Balm, Put a Lid On It, Baza pod cienie - i kolejny kosmetyk The Balm, który jest moim ulubieńcem. Tym razem jest to baza pod cienie. Pewnie będziecie się śmiały, ale jest to mój pierwszy kosmetyk tego typu. W sumie nie mam porównania z innymi bazami, ale ta robi co ma robić i jak dla mnie jest super. Zdecydowanie przedłuża trwałość cieni, podbija ich kolor, jest łatwa w aplikacji i szalenie wydajna. Nic więcej od niej nie wymagam.
Chanel, Illusion D'ombre, 83 Illusoire - uwielbiam ten kosmetyk za wszystko, zaczynając od opakowania, idąc przez delikatną, piankową konsystencję, a kończąc na kolorze i efekcie jaki daje. Na powiece tworzy piękną taflę skrzącą się mnóstwem drobinek, ale nie jest to efekt disco, musicie mi uwierzyć. Ja lubię używać go szczególnie na wieczór, ale na co dzień również jest ok. Szczególnie, że Illusoire to ziemisty, poszarzały brąz, który jest neutralny, świetnie pasuje do wielu stylizacji i jest fajnym uzupełnieniem delikatnego, naturalnego makijażu. Na plus zaliczyć muszę również szybką i bezproblemową aplikację. Dla mnie mistrz ;)
MAC, Paint Pot, Groundwork - czyli mój ulubiony cień do dziennego makijażu. Ma kremową konsystencję, która gładko rozprowadza się na powiekach, nie ważne czy nakładamy go palcem czy pędzlem, szybko zasycha i jest nie do ruszenia. Nawet bez bazy na moich tłustych powiekach trzyma się cały dzień. Kolor, który posiadam to średni odcień naturalnego brązowoszarego, moim zdaniem jest piękny i ładnie, acz delikatnie podkreśla spojrzenie.
MAC, Pro Longwear Waterproof Brow Set, Bold Brunette - odkąd kupiłam ten tusz do brwi nie wyobrażam sobie już bez niego mojego makijażu. Kolor, który posiadam jest dla mnie idealny, a sam kosmetyk jest łatwy w obsłudze i w kilkanaście sekund daje świetne efekty. Po jego zastosowaniu brwi są przyciemnione, wypełnione, ułożone, delikatnie usztywnione i mają zdrowy połysk. Poza tym tusz jest trwały i bez problemu trzyma się na brwiach aż do czasu demakijażu.
USTA
Chanel, Rouge Coco Shine, 61 Bonheur - lubię sięgać po tą pomadkę i gdyby nie słaba trwałość to byłaby idealna. Ma świetną konsystencję, równomiernie pokrywa usta kolorem, delikatnie je powiększa, dodaje im blasku, nawilża i wygładza. Zachwycona jestem też opakowaniem, jest trwałe, minimalistyczne i cieszy oko. Kolor który posiadam to ładny, dziewczęcy róż, idealny na co dzień i pasujący niemalże do wszystkiego.
Clinique, Colour Surge Butter Shine Lipstick, 457 Cherry Quartz - po tą pomadkę sięgam szczególnie zimą, ze względu na kolor, piękny, półprzezroczysty, wiśniowy, ale i w ciągu całego roku zdarza mi się jej czasem używać. Ma fajną, kremowo-żelową konsystencję, łączy w sobie zalety pomadki i połysk błyszczyka, powiększa usta, a także je pielęgnuje i odżywia. To moje drugie opakowanie i na pewno nie ostatnie.
Clarins, Instant Light Natural Lip Perfector, 05 Candy Shimmer - ten błyszczyk to moje małe odkrycie poprzedniego roku. Ma piękny zapach, jest łatwy w aplikacji, nie potrzebuję lusterka, rewelacyjnie powiększa usta, nadaje im delikatny kolor pełen blasku, a także działa jak najlepszy balsam. Koi usta gdy są spierzchnięte, świetnie odżywia, nawilża i wygładza. Jeśli jeszcze nie znacie tego cuda to szybko nadrabiajcie zaległości.
Korres, Mandarin Lip Butter, Rose SPF15 - długo zastanawiałam się czy umieścić tą pomadkę w poście z pielęgnacją czy kolorówką, ale postawiłam na to drugie ponieważ Mandarin Lip Butter często stanowi uzupełnienie mojego codziennego makijażu. Wystarczy chwila i dzięki niej usta nabierają ładnego, delikatnego, czerwonego odcienia, idealnego na co dzień, a przy okazji są nawilżone, wygładzone i chronione przed promieniowaniem UV.
PAZNOKCIE
Essie - już od kilku lat jestem wierna lakierom Essie i w zasadzie tylko lakiery tej marki kupuję. Odpowiada mi w nich przede wszystkim konsystencja, trwałość na paznokciach, duży wybór kolorów, design buteleczek, a także ciekawe nazwy ;) Moja kolekcja nie jest zbyt duża, stawiam raczej na klasyczne kolory, choć skuszę się też czasem na małe wariacje, ale w 2014 roku zdecydowanie rządziła klasyka. Moi faworyci to:
Licorice - czyli klasyczna czerń, głęboka i pięknie lśniąca,
Cashmere Bathrobe - idealna szarość zawierająca mnóstwo malutkich srebrnych drobinek, ale nie nachalnych tylko delikatnych, przełamujących ten zwyczainy kolor oraz
Jump In My Jumpsuit, pochodzący z nowej, zimowej kolekcji, to piękny odcień czerwieni, soczysty, wyrazisty i seksowny ;)
I to już wszystko :) Znacie moich ulubieńców? A może wpadło Wam coś w oko? Dajcie koniecznie znać ;)