30.6.16

Instagram Mix - czerwiec 2016


 1. Praca wre 2. Najlepsze, najwygodniejsze i koniec kropka 3. Kocham! 4. Trochę ulubieńców, trochę nowości


5. Tęsko 6. I woke up like this 7. Obiad na szybko 8. Czerwcowi ulubieńcy, a raczej ich część >klik<


9. Flower power 10. Mogłoby być tak już zawsze 11. W drogę, na zakupy 12. Details


13. Naturalne nowości >klik< 14. Obiad w przygotowaniu 15. No i jest 16. Taki poranek


17. Testy - czas start 18. Na dziś, na jutro, na zawsze 19. Kilka letnich nowości 20. Niezbędniki wiosennego makijażu, i letniego też >klik<


21. Moje kolory <3 22. Zielony koktajl raz! 23. Mood 24. Rouge Allure Gloss - mój hit >klik<

25. Taki relax 26. Wegańskie burgery i chaszcze 27. Tea time 28. Naturalna, genialna i dla każdego >klik<


29. Radość, bo czemu nie?  30. Letnie nowości część druga 31. Grzanki z awokado i jajem - pyszka! 32. Kosmetyki, niezbędniki ;)

Więcej jak zawsze na @blackraspberryblog >klik<


29.6.16

Ulubieńcy - czerwiec 2016

Co to był za miesiąc! Intensywny, pracowity, ponury, deszczowy i zimny, ale też pełen miłych niespodzianek i odwiedzin. Mimo wielu obowiązków znalazło się też trochę czasu na przyjemności, jak gotowanie, oglądanie seriali, wieczorne domowe SPA czy poranny makijaż.  W międzyczasie udało mi się też przetestować kilka nowości, ale i bardzo chętnie wracałam do tych starych i sprawdzonych. I dzisiaj właśnie powstał taki misz-masz, znajdziecie tu kilka kosmetyków, które stosuję od niedawna, ale już zdążyły mnie zachwycić, są i kosmetyki, które były już kiedyś w ulubieńcach i trafiły tutaj ponownie ponieważ są doskonałe. No to co, zapraszam do czytania.

Sylveco, Rumiankowy Żel do Twarzy - miałam ochotę przedstawić go Wam już w poprzednim poście z ulubieńcami i sama nie wiem dlaczego tego nie zrobiłam. Jest rewelacyjny, do tego wydajny i bardzo tani! Nie tylko doskonale oczyszcza skórę z resztek makijażu i innych zanieczyszczeń bez naruszania warstwy hydrolipidowej, ale też, dzięki zawartości kwasu salicylowego, działa antybakteryjnie, wspomaga walkę z wypryskami, oczyszcza pory i reguluje wydzielanie sebum. Ja stosuję go zarówno rano jak i wieczorem, po uprzednim umyciu twarzy olejkiem Resibo. Żel doskonale usuwa jego pozostałości pozostawiając skórę oczyszczoną, przyjemnie gładką i elastyczną bez uczucia ściągnięcia czy pieczenia. Niby to tylko kosmetyk, który nakładamy i zmywamy, ale przy regularnym użyciu można zauważyć poprawę stanu skóry, a z wyżej wspomnianym olejkiem Sylveco tworzy duet doskonały. Polecam dosłownie każdemu. Nawet gdy się nie sprawdzi nie będzie szkoda go wyrzucić, ale gwarantuje, że będziecie zachwycone!

Phenome, Purifying Anti-Dandruff Shampoo - jeden z  moich ulubionych szamponów do którego wracam regularnie i z przyjemnością. Przede wszystkim świetnie wpływa na kondycje włosów, odżywia je i wzmacnia oraz doskonale dba o skórę głowy, a moja jest szczególnie kapryśna i bardzo wrażliwa. Ostatnio do tego dołączył łupież jednak Purifying Anti-Dandruff Shampoo szybko pomógł mi się z tym problemem uporać, nawilżył skalp i ukoił, a ja odetchnęłam z ulgą. Co więcej, kosmetyk ma gęstą konsystencję, świetnie się pieni, dobrze oczyszcza, a włosy są po nim niesamowicie błyszczące, nawilżone, puszyste, a jednocześnie mięsiste, śliskie i pełne objętości. Coś wspaniałego! Uwielbiam i polecam szczególnie osobom z problemem łupieżu czy też cienkimi, szybko przetłuszczającymi się włosami. Cudo <3




Mario Badescu, AHA Botanic Body Soap - fantastyczny żel pod prysznic, który jednocześnie oczyszcza, delikatnie złuszcza, a także nawilża i łagodzi. Kupiłam go skuszona bardzo pozytywnymi recenzjami i nie zawiodłam się. Nie sprawdziłam jednak przed zakupem składu i dopiero podczas którejś kąpieli z jego użyciem zauważyłam, że zawiera SLS jednak nie wpływa on w żaden negatywny sposób na skórę. Oprócz tego znajdziemy w nim też ekstrakty owocowe z papai i grejpfruta, ekstrakt z żeń-szenia oraz proteiny owsa. Mieszanka ta doskonale wpływa na skórę, świetnie oczyszcza i pomaga pozbyć się wyprysków z dekoltu czy ramion, a zdarza się, że czasem mam taki problem. Co więcej, żel jest naprawdę łagodny, pozostawia skórę niesamowicie gładką, przyjemnie miękką i delikatnie nawilżoną, a do tego bosko pachnie! To pierwsze moje opakowanie, ale na pewno nie ostatnie.

Chanel, Allure Lip Gloss, Sensible - błyszczyk, który ostatnio pojawił się na blogu w pełnej recenzji >klik<, pojawił się też już kiedyś jako ulubieniec. Co tu dużo mówić, dla mnie genialny. Kremowy, o dobrym kryciu, pięknym połysku i komfortowej konsystencji. Pielęgnuje usta, trwa na nich długi czas, nie wymaga użycia lusterka podczas aplikacji, piękne, minimalistyczne opakowanie zapewnia poczucie luksusu, a kolor Sensible - neutralny koralowy róż - pasuje zawsze i wszędzie. W czerwcu gdy nie wiedziałam co zaaplikować na usta sięgałam właśnie po niego i to był zawsze dobry wybór!



Eco Tan, Face Tan Water - aaa, cudo! Czyli samoopalający tonik oparty całkowicie na składnikach naturalnych, nie tylko nadaje cerze piękny oliwkowy odcień opalenizny, ale też wspaniale odżywia i działa przeciwtrądzikowo. Ja aplikuję go delikatnie nasączonym wacikiem na twarz, szyje oraz dekolt, przeważnie wieczorem co 3-4 dni, a rano budzę się z  delikatnie muśniętą słońcem skórą, która wygląda zdrowo i promiennie. Tak jak wspomniałam wyżej, tonik świetnie nawilża więc czasem pomijam już nakładanie jakichkolwiek innych produktów nawilżających. O zapychaniu  nie ma mowy, nie ma tu też plam, smug ani zacieków. Kosmetyk ściera się równomiernie i wydziela naprawdę minimalny zapach. Czuję go jedynie chwilę po aplikacji i tyle. Zdecydowanie przebił na głowę inne samoopalacze i nawet jeśli do tej pory omijałyście tego typu produkty tego się nie bójce, serio, nie ma opcji żeby zrobić sobie nim krzywdę!

Clinique, Pop Lip Colour, 06 Poppy Pop - kolejny produkt do ust w czerwcowych ulubieńcach. Tym razem pomadka. Kremowa, niesamowicie napigmentowana, trwała i w kolorze koralowej czerwieni. Soczystym i przyciągającym wzrok. Ożywiała mi ponure czerwcowe dni, dodawała zwykłemu outfitowi  charakteru i wspaniale rozpogadzała twarz. W zależności od nastroju czy okazji raz wklepywałam ją tylko delikatnie w usta innym razem nakładałam grubszą warstwą, w obu wersjach sprawdza i prezentuje się fenomenalnie, a jej minimalistyczne i jednocześnie piękne opakowanie sprawia, że mam ochotę sięgać po nią non stop. Na ustach możecie zobaczyć ją o tu >klik<.





Aesop, Oil - Free Facial Hydrating Serum - gości u mnie od dawna jednak dopiero ostatnio przekonałam się jakie jest naprawdę wspaniałe. Lekkie, o nieco żelowej konsystencji, oparte na aloesie i wzbogacone witaminami. Bardzo szybko się wchłania, łagodzi podrażnienia, zmiękcza i moją mieszaną cerę nawilża tak dobrze, że w chwili obecnej stosuję je już solo bez żadnego kremu. Stanowi świetną bazę pod makijaż, nic się nie nim nie roluje ani nie waży, skóra dłużej zachowuje mat i przez cały dzień czuje się komfortowo. Pisałam o nim też tutaj >klik< i tutaj >klik<. Jeśli szukacie dobrego serum aby wzmocnić działanie kremu czy też lekkiego nawilżacza na lato jak najbardziej polecam, szczególnie posiadaczkom cery mieszanej i tłustej. Lekkie, łagodzące i odżywcze <3 


Lumene, Color Correcting Cream - korektor, podkład i rozświetlacz w jednym. Zapewnia średnie krycie, pięknie stapia się ze skórą, trwa na niej cały dzień i daje fantastyczne satynowe wykończenie. Cera z miejsca nabiera blasku, prezentuje się zdrowo i pięknie i tak przez cały dzień. Ja w czerwcu sięgałam po ten krem CC niemalże codziennie, pomijając dni gdy nie robiłam makijażu, i za każdym razem byłam zachwycona efektem i wciąż jestem. Aplikacja nie sprawia problemów, krem nie pozostawia smug, wyrównuje koloryt i ukrywa zmęczenie, do tego jest niewyczuwalny, nie podkreśla suchych skórek oraz nie wzmaga przetłuszczania skóry, a  blask który daje jest subtelny aczkolwiek widoczny. Natomiast kolor, posiadam odcień Medium, ładnie dopasowuje się do koloru cery i nie oksyduje w ciągu dnia. Po aplikacji wystarczy tylko wytuszować rzęsy, nałożyć błyszczyk/pomadkę, bronzer lub róż, skorygować brwi i letni makijaż gotowy. W akcji możecie zobaczyć go tutaj >klik<. Polecam!



Organique, Balsam do Ciała z masłem Shea, Mango - przez cały rok dbam o dobre nawilżenie skóry nie tylko twarzy, ale też ciała bo dobrze nawilżona skóra jest gładka, elastyczna, miękka, zdecydowanie bardziej jędrna oraz odporna na działanie czynników środowiskowych. Balsam Organique w roli nawilżacza sprawdza się lepiej niż doskonale, a wersja mango jest idealnym umilaczem letnich wieczorów. Nieco słodka, a jednocześnie soczysta i bardzo intensywna. Zapach ten długo utrzymuje się na skórze i zdecydowanie wzmaga apetyt na owoce :) Uwielbiam po niego sięgać po wieczornej kąpieli. Smaruję się nim od stóp po prawie szyję ;) Mocno zbita, skondensowana konsystencja nieco utrudnia stosowanie, ale działanie zdecydowanie to wynagradza. Balsam topi się w kontakcie ze skórą, pokrywa ją warstwą ochronną, która otula, odżywia i regeneruje. Skóra odzyskuje naturalny poziom nawilżenia, jest odżywiona, miękka i  przyjemnie napięta, a efekt ten jest długotrwały. Idealny kosmetyk do pielęgnacji skóry przez cały rok, latem natomiast świetnie ukoi ją i zregeneruje po słonecznych kąpielach, a stosowany po szczotkowaniu ciała na sucho da naprawdę bajeczne efekty.

I to już wszyscy ulubieńcy. Który kosmetyk Was zaciekawił, a który już znacie? Co Was zachwyciło w czerwcu? Dajcie znać :)


26.6.16

Kilka kosmetyków w mini recenzjach

Nie pojawią się na blogu w pełnej recenzji, a chciałam Wam o nich napisać. Niekoniecznie dlatego, że są godne polecenia, niektóre wręcz przeciwnie. Zresztą sobaczcie same. Zapraszam do czytania ;)



Compagnie de Provence, Liquid Soap with Olive Oil, Anise Patchouli - mydło marsylskie w płynie opracowane na oliwie z oliwek z zawartością 97,4 % składników organicznych. Bez zawartości parabenów, barwników, tłuszczów zwierzęcych, siarczanów czy innych zbędnych substancji. Bardzo łagodne, o przyjemnej, bogatej i odżywczej konsystencji, delikatnie się pieni, dobrze oczyszcza pozostawiając skórę elastyczną, gładką i miękką. Ja używam go do mycia rąk i tu spisuje się naprawdę świetnie. Nie pozostawia uczucia ściągnięcia, dłonie są oczyszczone, przyjemne w dotyku i delikatnie pachnące. Wydajność również jest na plus, tak samo jak butelka. Szklana, z ciemnego szkła i z wygodną pompką. Nie spodobał mi się jedynie zapach, jest delikatny, kwiatowy i niedrażniący, ale spodziewałam się czegoś innego. Pewnie jeszcze do niego wrócę, ale w innej wersji zapachowej, może tej z lawendą? :)

Rahua, Rainforest Grown Shampoo - w 100% naturalny szampon do włosów, pozbawiony siarczanów, ultra delikatny i bogaty w składniki organiczne takie jak:  drzewo Palo Santo, komosa ryżowa oraz masła Shea i kokosowe. Za zadanie ma wzmacniać, odżywiać, regenerować cebulki włosowe i skalp. Charakteryzuje się gęstą, galaretowatą konsystencją, żółtym kolorem i niesamowicie delikatnym, słodkim zapachem, przyjemnym, ale bez zachwytów. Przy pierwszym myciu słabo się pieni, przy drugim jest już ok, nie podrażnia skóry głowy, pielęgnuje i skutecznie oczyszcza pozostawiając włosy miękkie, sypkie, nieco odbite od nasady i pięknie błyszczące. Z jednej strony w porządku, a z drugiej takie same efekty czy nawet lepsze uzyskuję po tańszych szamponach z równie przyjemnym i naturalnym składem. Może przy dłuższym użyciu zachwyciłby mnie bardziej, jednak nie wiem czy jest sens wydawać 145 zł na pełnowymiarowe opakowanie tym bardziej, że wydajność jest marna! A włosy mam cienkie i średniej długości więc, aż strach pomyśleć co byłoby przy długich i gęstych... 



H&M Conscious, Gentle Deodorant - delikatny antyperspirant w kulce bez zawartości soli aluminium, z zawartością organicznego aloesu i gliceryny, perfumowany naturalnymi olejkami eterycznymi. Po pierwsze jest naprawdę delikatny, nie podrażnia wrażliwej skóry pod pachami, nawet gdy zastosujemy go zaraz po depilacji ani nie wysusza. Po drugie moim zdaniem jest bezzapachowy, no dobrze, zapach jest, ale wyczuwalny tylko gdy przyłożymy nos do kulki więc nie ma obaw, że będzie gryzł się z perfumami. Na korzyść przemawia też jego skład, naturalny i bezpieczny. Niestety, tak jak się spodziewałam, antyperspirant ma słabe działanie i nie spełnił moich oczekiwać w 100%. Przy niskiej temperaturze i lenistwie w domu jak najbardziej się sprawdza, jednak przy wysiłku fizycznym,większym stresie czy wyższej temperaturze totalnie zawodzi. Nie zapobiega ani mokrym plamom, ani nie niweluje przykrego zapachu. Zużyję i więcej nie wrócę, ale nie poddaje się i będę szukała dalej czegoś naturalnego i skutecznego. 



O'right, Hinoki Scalp Exfoliating Gel - organiczny peeling do skóry głowy w postaci żelu z zawartością proszku z drewna Hinoki. Opracowany  na olejku z tego też drzewa, bogaty w fitoncydy o kojącym aromacie i właściwościach bakteriobójczych, rozluźnia skrę głowy, ożywia korzeń włosa i działa leczniczo, a przynajmniej tak obiecuje producent. Cóż mogę powiedzieć, spodziewałam się efektu jak po masce oczyszczającej Phenome, którą swoją drogą uwielbiam, a niestety tego nie otrzymałam. Końcówka z dziubkiem ułatwia dozowanie kosmetyku, drobin jest dużo i nie są ostre, peeling ma przyjemny, nieco męski zapach, dobrze się aplikuje i rozprowadza po skórze, niby złuszcza, niby oczyszcza, ale brakuje tu tego efektu wow. Nie czuję odświeżenia, nie widzę aby włosy po jego użyciu było bardziej puszyste czy odbite od nasady, przedłużenia świeżości również brak. Mam też wrażenie, że czasem podrażnia mi nieco skalp. Jeśli macie ochotę wypróbujcie, jednak ja jestem na nie.

Davines, Calming Superactive - preparat do skóry głowy kierowany szczególnie do osób z wrażliwym skalpem bądź w przypadku nadmiernej produkcji sebum. Wzbogacony został o żółtodrzew oskrzydlony, który łagodzi i działa przeciwbólowo oraz OGT (substancję pochodną z oleju kukurydzianego) - zapobiega podrażnieniom i swędzeniu. Kupiłam go gdy moja skóra głowy była nie tylko podrażniona, ale też mocno ściągnięta wręcz piekąca, łuszczyła się i ogólnie było kiepsko (dzięki Ci Herbatint!). Liczyłam, że pomoże mi uporać się z moim problemem i na chwile tak było, skóra była ukojona, mniej swędziała, miałam tez wrażenie, że jest bardziej nawilżona i rozluźniona, jednak pozytywne odczucia szybko minęły, a kolejny aplikacje nie przynosiły już żadnego rezultatu. Zauważyłam też, że kosmetyk stosowany na suche włosy pozostawia na nich nieco tłusty film, a aplikowany na mokre przyspiesza przetłuszczanie. Jedynym plusem jest zapach, naprawdę przyjemny i długo utrzymujący się oraz przyjemna dla oko butelka, niestety tylko tyle.




Davines, Naturaltech Calming - kolejny produkt Davines z serii łagodzącej, tym razem szampon. Za zadanie ma delikatnie oczyszczać, łagodzić i przynosić ulgę wrażliwej skórze głowy. Znajdujący się w składzie fitoceutyk z borówki amerykańskiej działa przeciwzapalnie, a olejek eteryczny z paczulki wonnej zmienia każdą kąpiel w pełen relaks. To prawda, szampon pachnie wspaniale i wycisza, przyjemna, niezbyt gęsta konsystencja ułatwia stosowanie, kosmetyk doskonale się pieni i to by było na tyle jeśli chodzi o zachwyty. Po pierwsze nie spełnia obietnic producenta i w żaden sposób nie łagodzi podrażnień, a przynajmniej na mnie nie działa, nie przedłuża też świeżości włosów, miałam wręcz wrażenie, że dobrze nie domywa, mój narzeczony, któremu go oddałam stwierdził to samo. Zaraz po umyciu włosy były puszyste, odżywione i błyszczące jednak pod koniec dnia wyglądały smętnie, a skóra głowy była rozdrażniona i piekąca. No nie mogę go polecić nikomu.


Purite, Peeling Solny Mandarynka Grejpfrut - peeling na bazie soli morskiej z Morza Martwego z zawartością oleju z pestek moreli, glinki illite, olejków eterycznych z grejpfruta oraz mandarynki i innych cudowności. Przeznaczony głównie dla skóry zniszczonej, przesuszonej, łuszczącej się. Według obietnic producenta doskonale oczyszcza, ujędrnia, poprawia wygląd skóry i ułatwia wchłanianie substancji odżywczych. Cóż, peelingi solne bardzo lubię, przetestowałam ich sporo i mimo, że ten zapowiadał się naprawdę cudownie okazał się totalną klapą! Zacznijmy od zapachu, coś okropnego! Nie czuć w nim olejków eterycznych tylko zjełczały olej, myślałam, że być może jest przeterminowany jednak data ważności wskazuje, że nie. Konsystencja też pozostawia wiele do życzenie, na pierwszy rzut oka wydaj się ok jednak przy aplikacji wszystko osypuje się do brodzika i samego peelingu na skórze pozostaje niewiele. No i sam peeling, hmm. Za tłusty, a drobiny soli za duże, zdecydowanie za duże. Nieważne czy zastosujemy go na mokro czy na sucho efekt oczyszczenia i złuszczenia jest znikomy, a skóra nie jest nawilżona tylko nieprzyjemnie oblepiona. Oblepienie po peelingu Pat&Rub to naprawdę nic w porównaniu do tego co otrzymujemy tutaj. Naprawdę się zawiodłam i przy okazji wyrzuciłam pieniądze w błoto :(



Znacie któryś z kosmetyków? Podzielacie moje zdanie czy wręcz odwrotnie? Wam też czasem zdarza się trafić na buble? Jaki produkt Was ostatnio zawiódł? Dajcie znać :)

23.6.16

Mój HIT: Chanel - Rouge Allure Gloss/Sensible

Na chwilę umilkłam, a wszystko przez ponurą pogodę, która ostatnio u mnie panuje i skutecznie uniemożliwia mi zrobienie jakiś sensownych zdjęć. No, ale już są, nie idealne, ale jakieś, a ja w końcu mogę podzielić się z Wami recenzją Rouge Allure Gloss marki Chanel. Jak zauważyłyście rzadko piszę o kosmetykach kolorowych, nie mam ich zbyt wielu, poza tym trochę bardziej kręci mnie pielęgnacja, jednak o tym błyszczyku muszę Wam napisać. Im częściej po niego sięgam tym bardziej go lubię, a po tej recenzji być może polubicie go i Wy. 




Rouge Allure Gloss to można by rzec kosmetyk 2 w 1. Mocno napigmentowany jak pomadka, a jednocześnie dodający blasku jak błyszczyk. Za jednym pociągnięciem pokrywa usta intensywnym, lśniącym kolorem, podkreśla i akcentuje. Mały, precyzyjny aplikator gładko sunie po wargach, a maślana konsystencja wzbogacona o Sappan Wood oraz witaminę E otula, wygładza i pielęgnuje dając uczucie komfortu na długi czas. Błyszczyk przyjemnie odżywia, nawilża, nie lepi się, nie posiada smaku i nie wylewa poza kontur ust. Wystarczy kilka sekund, jedno pociągnięcie i już. Wargi nabierają wyrazu, pięknie lśnią, błyszczyk je uwydatnia i trwa na nich od godziny do trzech. Obojętnie nie można tu przejść również obok opakowania, które zachwyca już od pierwszego wejrzenia. Totalnie proste, a jednocześnie piękne, śmiało można napisać, że luksusowe. Czarne, minimalistyczne, z delikatnym logo marki i złotą rękojeścią. Otwiera się na kliknięcie jak legendarne pomadki Rouge Allure co jest naprawdę sprytnym i świetnym rozwiązaniem.



Odcień  Sensible z nr. 15, który posiadam to koralowy róż, niezwykle subtelny, neutralny i idealny zarówno na co dzień - do pracy, do szkoły, do kina czy na spotkanie z przyjaciółką, jak i na wieczór do smokey eye. Cudownie uwydatnia usta, delikatnie je podkreśla, ściąga z twarzy zmęczenie i pięknie rozpromienia. To taki odcień, który mam wrażenie, ze będzie pasował każdemu. Niby zwyczajny i oczywisty, a jednak ma w sobie to coś. Niestety nie widać tego na zdjęciach dlatego radzę Wam abyście koniecznie sprawdzili go w perfumerii! PS. Na zdjęciu na ustach po godzinie noszenia :) Możecie zobaczyć go u mnie jeszcze o tutaj >klik< ;)




Znacie, kochacie, a może wręcz odwrotnie? Lubicie takie połączenia 2 w 1? Jaki kolor z tej serii możecie mi jeszcze polecić? Czekam na Wasze komentarze :)

15.6.16

Piękne nogi od zaraz!

Wszystkie jesteśmy inne, mamy inne figury, nosimy różne rozmiary, ale każda z nas bez wyjątku marzy o jednym: o pięknych nogach! I wcale nie muszą być one chude czy długie jak u modelek ważne aby były zadbane. Z gładką, nawilżoną, jędrną i lekko opalona skórą. Zadbane nogi zawsze prezentują się apetycznie i nikt temu nie zaprzeczy. Aby osiągnąć najlepsze efekty warto racjonalnie się odżywiać oraz uprawiać jakiś sport, ale i bez tego da się coś zrobić. Dzisiaj chciałam przedstawić Wam produkty, które stosowane regularnie sprawią, że Wasze nogi już zawsze będą prezentowały się pięknie, a Wy będziecie je chętnie i jak najczęściej pokazywały, o!



Pierwszym i zdecydowanie najważniejszym narzędziem jest tutaj szczotka do szczotkowania ciała na sucho. Stosowana regularnie w cudowny sposób wygładzi, pobudzi krążenie, pomoże w walce z cellulitem, w dużym stopniu go zwalczy, fantastycznie ujędrni skórę oraz nada jej zdrowego kolorytu. Ale to nie koniec. Przy okazji poprawi samopoczucie, doda energii i pomoże pozbyć się toksyn z organizmu. Należy przy tym pamiętać, aby masaż zawsze wykonywać od dołu do góry kierując się w stronę serca, mogą to być ruchy posuwiste lub koliste np. na udach i brzuchu (warto "przemasować" całe ciało nie tylko nogi!), ważne aby kierunek został zachowany, dokładną instrukcję znajdziecie w filmikach na You Tube :) A jaką szczotkę najlepiej wybrać? Z naturalnym włosiem i niezbyt twardą, szczotkowanie ma być przyjemnością, a nie karą. Ja swoją ulubioną szczotkę czyli tę marki Fridge zostawiłam w Polsce i obecnie używam tej od The Body Shop, która nie jest zbyt dobra szczególnie dla osób, które przygodę ze szczotkowaniem dopiero rozpoczynają. Wracając jednak do Fridge, jest idealna! Solidna, wykonana z końskiego włosia i szorstka, ale jednocześnie łagodna i przyjemna dla skóry. Nie powoduje podrażnień, nie drapie i dobrze leży w dłoni. Więcej o szczotkowaniu ciała i przeciwwskazaniach przeczytacie w jednym z moich starych postów >klik<. Zapraszam :)








Kolejny produkt to balsam. Jest on niezbędnym kosmetykiem w walce o piękne nogi bo sucha, łuszcząca się i pomarszczona czy podrażniona skóra nigdy nie będzie wyglądała dobrze. Musi być odpowiednio odżywiona i koniec kropka! Warto postawić na taki, który jednocześnie ujędrnia i odżywia. Ja obecnie stosuję Soothing Body Serum marki Phenome. Jak zauważyłyście jest to serum, ale tylko z nazwy. Kosmetyk ma postać lekkiego balsamu i fantastycznie w tej roli się sprawdza. Opracowany został na wyselekcjonowanych składnikach, które zapewniają kompleksowe działanie. Stosowany codziennie przywraca skórze odpowiedni poziom nawilżenia, wspomaga walkę z cellulitem, zmiękcza, regeneruje, napina i uelastycznia. Ponadto cudownie, świeżo pachnie i natychmiast się wchłania co pozwala zaoszczędzić czas i szybko się ubrać. Na zimę będzie zbyt lekki, ale teraz w okresie wiosenno - letnim sprawdza się cudownie.



Opalanie nie tylko wysusza i niszczy skórę, ale też szkodzi i może powodować raka skóry, a jak wiemy najapetyczniej wyglądają nogi lekko muśnięte słońcem. Jednak bez obaw nie musimy korzystać z kąpieli słonecznych aby nasza skóra miała cudowny odcień. Tutaj z pomocą przychodzą samoopalacze. Na rynku jest ich mnóstwo, ale najlepszym rozwiązaniem jest ten w kroplach Radiance Plus Golden Glow Booster od Clarins. Stosuje się go w duecie z balsamem dzięki czemu jednocześnie i nawilżamy skórę i zyskujemy piękną opaleniznę. Ja uwielbiam go za wszystko. Za łatwość aplikacji, piękny efekt widoczny już po pierwszym użyciu, brak smug czy plam, a także za bardzo naturalny, oliwkowy odcień, który daje. Jak to samoopalacz niestety wydziela nieprzyjemny zapach, jednak jest on krótko wyczuwalny, a już kilka godzin po aplikacji możemy cieszyć się piękną opalenizną, która to upiększa, ukrywa mankamenty, wyrównuje koloryt i optycznie wyszczupla nogi! Ja jestem na tak, a Wy? :)






Pod żadnym pozorem nie można zapominać o peelingu. Szczotka pomaga złuszczać naskórek i wygładza, ale porządny peeling wykonany raz lub dwa razy pogłębi ten efekt, dodatkowo wspomoże walkę z cellulitem, ujędrni i pobudzi skórę do odnowy! I tutaj najbardziej polecam peeling kawowy, szczególnie jeśli walczycie z pomarańczową skórką. Możecie go przygotować samodzielnie w domu lub sięgnąć po gotowe mieszanki, które oprócz kawy w składzie zawierają inne substancje jak np. olejki, witaminy czy cukier. Na rynku wybór takowych peelingów jest coraz większy, ja upodobałam sobie ten marki Frank Body w wersji Original. Bosko pachnie kawą, tak bardzo naturalnie, no cudownie, i jeszcze lepiej działa. Zastosowany na mokrą skórę porządnie złuszcza martwy naskórek, wygładza, napina, pobudza krążenie i przygotowuje skórę na nałożenie kolejnych preparatów pielęgnacyjnych choć sam w sobie dzięki zawartości olejku z migdałów oraz wit. E daje przyjemne nawilżenie. Jeśli mamy czas warto pozostawić go na skórze przez kilka lub kilkanaście minut dłużej. Kawa zadziała na skórę jeszcze aktywniej, a pozostałe składniki peelingu doskonale ją odżywią. Uwierzcie mi, po takim zabiegu od razu można poczuć się lżej, skóra jest bajeczna w dotyku, niesamowicie napięta, a cellulit zdecydowanie mniej widoczny. Co więcej, nie ma tu mowy o podrażnieniach, jednak w przypadku gdy macie problem z naczynkami lub żylakami należy omijać te miejsca lub wykonać jedynie bardzo delikatny masaż bez mocnego pocierania.



Te cztery kroki sprawią, że skóra nóg z dnia na dzień będzie coraz gładsza, jędrniejsza, napięta, odżywiona i elastyczna, o zdrowym kolorycie i bez grama cellulitu. Wymaga to zaledwie kilku minut dziennie i naprawdę warto je poświęcić. Wskakując w spódnicę czy szorty nie będziecie zastanawiały się czy jednak nie założyć długich spodni, a jeśli jeszcze wsmarujecie w nogi jakiś olejek skóra nabierze delikatnego blasku, będzie prezentowała się ponętnie i jeszcze ładniej! Nie zapomnijcie też o pomalowanych paznokciach. Tu najlepiej sprawdzą się czerwienie, róże bądź koral. No i wszystko, teraz można ruszać na podbój świata ;)

No to kto się do mnie przyłączy i będzie stosował te cztery kroki? :) A może już dawno wprowadziłyście je do swojej pielęgnacji? Dajcie znać :)

10.6.16

Naturalne nowości

Czy są tutaj zwolenniczki naturalnych kosmetyków? Założę się, że jest Was wiele. I ja sama je uwielbiam. Za piękne zapachy, cudowne składy bez zbędnych substancji za to z masą dobroczynnych ekstraktów, wyciągów i innych dobroczynnych składników oraz świetne działanie na skórę i włosy. Zresztą naturalne produkty to nie tylko skład i działanie, to też piękne opakowania, które zdecydowanie przyciągają wzrok, cieszą oko i sprawiają, że jeszcze chętniej po nie sięgamy. W ostatnim czasie przybyło mi całkiem sporo naturalnych nowości, część to prezenty, a część zakupy, które poczyniłam sama. Postanowiłam zebrać je do kupy i Wam pokazać. Będziecie wiedziały co stosuję lub w najbliższym czasie zamierzam testować, a może już teraz się zainspirujecie i sięgnięcie po któryś z przedstawionych przeze mnie produktów. 



Na początek Resibo i absolutnie cudowna przesyłka, która dotarła do mnie na początku maja i była tak pięknie spakowana, że aż żal było ją rozpakowywać. A co w środku? Same cuda! Czyli Olejek do Demakijażu, którym zachwycałam się już w ulubieńcach maja >klik< i zdanie podtrzymuje, fantastyczny!, Krem pod Oczy, który jeszcze czeka na swoją kolej oraz nowość marki - Serum Wygładzające, które za zadanie ma m.in. dawać naturalny efekt botoksu. Od wczoraj jest w użyciu i... zapowiada się naprawdę cudownie. Jest mocno skoncentrowane, a jednocześnie lekkie, szybko się wchłania zapewniając mojej mieszanej cerze odpowiednie nawilżenie, do tego pięknie pachnie i faktycznie wygładza! To oczywiście pierwsze wrażenia, więcej napisze o nim w odpowiednim momencie, ale coś czuję, że to będzie hit.



Kolejne nowości to dwa toniki. REN - Clarifying Toner to mój zdecydowany ulubieniec. Przeznaczony głównie dla cer mieszanych, ale sprawdzi się u każdego. Bardzo łagodny, odświeża, oczyszcza, dzięki zawartości kwasów m.in.: glikolowego i mlekowego, delikatnie złuszcza, oczyszcza pory i pomaga w walce z wypryskami. Naprawdę świetny! A mi udało się go dorwać na lookfantastick.com w super cenie i bardzo się z tego cieszę.  Face Tan Water od Eco by Sonya to w sumie produkt 2w1, czyli tonik i samoopalacz. Jest też dla mnie zupełną nowością. Całkowicie naturalny, przeznaczony również dla wegan, o działaniu przeciwtrądzikowym, za zadanie ma jednocześnie pielęgnować, odżywiać i nadawać skórze naturalny odcień opalenizny. Jestem go niesamowicie ciekawa i zakładam, że Wy również dlatego już dziś zabieram się za testy i dam znać co i jak. Nie wiem dlaczego nigdy w nowościach nie pokazywałam Wam ściereczek muślinowych, a kupuję je regularnie. Tym razem zdecydowałam się na tę marki Pai. Jest dość duża, przyjemnie szorstka i w 100 procentach wykonana z organicznej bawełny. Jeszcze jej nie używałam, ale już widzę, że jest zdecydowanie lepsza od ściereczek The Body Shop, które do tej pory kupowałam.


Marka Organique zrobiła mi wspaniałą niespodziankę i przesłała do testów zestaw kosmetyków do pielęgnacji ciała z  nowej serii o zapachu mango. W paczce znalazły się: Pianka do Mycia Ciała, Balsam z Masłem Shea, Olejek do Kąpieli i Masażu oraz Kula do Kąpieli. No i co tu dużo mówić/pisać: wszystko pachnie bosko! Nieco słodko, a jednocześnie soczyście i intensywnie. Na lato jak znalazł :) Piankę  oraz balsam bardzo dobrze znam z innych wersji zapachowych i absolutnie uwielbiam więc wiem, że na pewno się nie zawiodę. Natomiast kula oraz olejek to dla mnie nowości jednak znając markę wiem, że i ta dwójka będzie wspaniała. Szampon Rahua - Rainforest Grown chodził za mną od bardzo dawna. Nie jest niestety tani, a moje włosy i skóra głowy są kapryśne dlatego wstrzymywałam się z jego zakupem. Jednak ostatnio trafiłam na jego mniejsze opakowanie, które tym samym jest tańsze od pełnej butli i postanowiłam zaryzykować. Czy było warto? To się niebawem okaże. Na razie modlę się o to aby nie podrażnił mojego wrażliwego skalpu, o! No i ostatnia nowość czyli zestaw kosmetyków Trial Kit for Clarity od Suki. Wybrałam wersję dla cer mieszanych/tłustych, w zestawie znajduje się aż 6 produktów w mini wersjach, w tym osławiony peeling marki  - Exfoliate Foaming Cleanser, który jeszcze dziś zostanie wypróbowany. Pozostałe kosmetyki muszą jeszcze chwilę poczekać na testy, ale zbierają wiele pozytywnych recenzji więc już nie mogę się doczekać, aż zacznę je stosować. Chyba mi się nie dziwicie, prawda? :)



I to już wszystkie nowości. Co Was zaciekawiło? A może znacie już te produkty? O czym chciałybyście przeczytać szerszą opinie? No i jestem ciekawa jakie nowości w ostatnim czasie pojawiły się u Was? Koniecznie się pochwalcie! :)

8.6.16

John Masters Organics - Citrus&Neroli Detangler/Najlepsza!

Nie chciałabym narzekać tutaj na pogodę, no ale kurczę, kto to słyszał żeby w czerwcu temperatura odczuwalna wahała się między 0 a 7 stopni, do tego wiatr mrozi krew w żyłach i urywa głowę, a ponurość odbiera całą ochotę do życia. Wiem, brzmi nierealnie, i ja sama czasem mam wrażenie, że śnię, ale tak właśnie jest. Zimno i beznadziejnie. Moje zdrowie psychiczne jest naprawdę zagrożone więc pogodo w północnej Norwegii popraw się, please! A tymczasem ja, siedząc pod kocem, chciałam napisać Wam o czymś naprawdę super, a mowa tu o odżywce Citrus&Neroli Detangler od John Masters Organics. 


To jeden z bestsellerów marki i wcale mnie to nie dziwi. Spakowana w wygodną, plastikową butelkę. Przeznaczona do każdego typu włosów, nawet cienkich! Mocno odżywcza, a jednocześnie nie obciążająca. Organiczna, o delikatnej formule, wypełniona po brzegi substancjami odżywczymi. Zaaplikowana na włosy oraz skalp działa niemalże natychmiast, a wszystko to dzięki wyselekcjonowanym składnikom, które zostały w niej zawarte. Pantenol - wzmacnia cebulki i dodaje objętości, acetamid MEA - utrzymuje prawidłowy poziom nawilżenia, proteiny pszeniczne - dodają blasku i zwiększają podatność na układanie, olejek z kiełków pszenicy - naturalnie nawilża i wzmacnia, gorzka pomarańcza - leczy suchą skórę głowy, różowy grapefruit - tonizuje, a cytryna - działa przeciwutleniająco i zapewnia nienachalny, cytrusowy zapach. 



Miks ten doskonale wpływa na kondycję włosów, a jego dobroczynne działanie można zauważyć już po pierwszym użyciu. Włosy natychmiast odzyskują miękkość, blask, są wygładzone, doskonale nawilżone i dociążone, mięsiste, a jednocześnie puszyste i lekkie. Odżywka nie obciąża ani nie przyspiesza przetłuszczania, a stosowana regularnie wypełnia włókno włosa, tym samym wspaniale wzmacnia i regeneruje. W efekcie włosy są zdrowe, mocne, sprężyste, cudownie miękkie i lśniące bez rozdwojonych końcówek. Kosmetyk zapobiega też łamaniu i przedłuża trwałość koloru w przypadku włosów farbowanych. Wystarczy zaledwie 5-10 minut aby uzyskać wspaniałe rezultaty, choć czas ten może się różnić w zależności od rodzaju czy kondycji włosów. Dlatego warto próbować i kombinować, a dla tych efektów warto.  Moje cienkie, przetłuszczające się, a także farbowane włosy ją uwielbiają, a lekka konsystencja i nienachalny, cytrusowy zapach sprawiają, że używanie Citrus&Neroli Detangler to sama przyjemność. I niech nie zniechęci Was cena bo wydajność jest tu ogromna! A odżywka stosowana nawet co drugi dzień wystarcza na długi, długi czas. Jeśli jej nie używałyście to koniecznie to zmieńcie, obiecuję, że się nie zawiedziecie.

Znacie już ją czy dopiero macie ochotę wypróbować? Stosujecie odżywki czy raczej pomijacie ten krok w pielęgnacji włosów? Koniecznie dajcie znać :)

2.6.16

Szybki, rozświetlający makijaż na wiosnę

Nie lubię mocnych, przerysowanych makijaży. Makijaż musi być lekki, podkreślający urodę i dodający blasku. A już szczególnie teraz, wiosną! I moja dzisiejsza propozycja taka właśnie jest. Lekka, a jednocześnie tuszująca mankamenty. Zajmuje zaledwie 10 minut i zapewnia promienny wygląd przez cały dzień. Serio!





Makijaż zaczynam od nałożenia kremu CC marki Lumene, wcześniej oczywiście oczyszczam skórę i nakładam kremy: pod oczy oraz na twarz (więcej o pielęgnacji porannej tutaj). Jest to produkt 3w1 - podkład, korektor i rozświetlacz, o średnim kryciu. Wspaniale aplikuje się palcami, nie tworzy smug, pięknie wyrównuje koloryt, tuszuje drobne mankamenty jak niewielkie wypryski czy przebarwienia, dopasowuje się do koloru cery i, co najważniejsze, idealnie stapia się ze skórą! Nie ma tu efektu maski ani pudrowości, skóra nabiera blasku, niedoskonałości są ukryte, a po zmęczeniuczy niewyspaniu nie ma śladu. Następnie przechodzę do aplikacji korektora Sheer Eye Zone Corrector od Shiseido. Gęsty, treściwy i odżywczy. Pielęgnuje skórę pod oczami, daje średnie krycie, nie wchodzi w załamania i trzyma się cały dzień. Wklepany w skórę pod oczami natychmiast tuszuje sińce, ukrywa zaczerwienienia i rozjaśnia spojrzenie nadając mu świeży, promienny wygląd.


Nie zapominam też o linii wodnej, kredka Benefit - High Brow przeznaczona jest co prawda pod łuk brwiowy, ale i tu sprawdza się świetnie. Nie podrażnia, nie rozmazuje się, trwa na linii wodnej naprawdę długo, powiększa oczy i jeszcze bardziej rozświetla. Uwierzcie mi, naprawdę warto po nią sięgać. W sekundę ukrywa zmęczenie i czasem działa lepiej niż korektor. Cera jest rozświetlona więc aby nie było za dużo błysku na powiekach ląduje matowy cień z paletki Marocco numer 5 od Bikor w kolorze waniliowym. Nakładam go pędzelkiem Real Techniques na powieki oraz w kącikach oczu. Jest dobrze napigmentowany, aksamitny, nie osypuje się podczas aplikacji i nawet bez użycia bazy trzyma się kilka dobrych godzin, a jego odcień ładnie wyrównuje kolor, odmładza spojrzenie i będzie pasował każdemu. No i brwi. One muszą być podkreślone inaczej twarz wygląd tak nijako i zupełnie bez wyrazu. Ja obecnie używam konturówki Avon - Glimmersticks Brow Definer. Ma kremową konsystencję, nie wymaga temperowania, i całe szczęście, pozwala szybko podkreślić brwi, nadać im pożądany kształt oraz je zdefiniować. Delikatnie je usztywnia, nie rozmazuje się, nie ścieka, a kolor który posiadam to Dark Brown czyli ciemny, ciepły brąz. Idealnie pasuje do koloru moich włosów i karnacji. Pamiętajcie aby zawsze dobrać kredkę czy tusz w odpowiednim dla siebie kolorze ;)



Teraz czas na bronzer i tutaj sięgam po niezawodną Ziemię Egipską - Bikor. Jest świetnie napigmentowana, łatwa w aplikacji, pięknie stapia się ze skórą pozostając niewidoczną i trwa na niej przez długie godziny. Zanurzam w niej ostrożnie duży pędzel, a następnie delikatnie omiatam nim kości policzkowe, skronie oraz żuchwę i już. Twarz natychmiast nabiera wyrazu, nie wygląda już tak płasko, bronzer dodaje jej zdrowego kolorytu, ociepla, ożywia i odmładza. Uwielbiam! Rzęsy tuszuję wszechstronna maskarą Kiko - Ultra Tech. Jest bardzo trwała, nie osypuje się ani nie kruszy, pogrubia, delikatnie podkręca i wydłuża, jej intensywna czerń podkreśla spojrzenie, a precyzyjna szczoteczka pokrywa każdą rzęsę od nasady, aż po same końce. Moje są obecnie w kiepskim stanie stąd brak efektu wow, ale tusz jest genialny, na serio! No i na koniec usta. Makijaż oczu nie jest mocny więc tu można zaszaleć, tym bardziej, że pogoda (a przynajmniej w Polsce) czy też pora roku na to pozwala. Ja stawiam na pomadkę Pop Lip Colour od Clinique w kolorze koralowej czerwieni - Poppy Pop.  Niesamowicie kremowa i mocno nasycona kolorem, już przy jednym pociągnięciu idealnie pokryw wargi kolorem. Uwydatnia i przyciąga spojrzenie, ale nie tylko bo też fantastycznie rozpogadza, dodaje charakteru i mam wrażenie, że będzie pasowała każdej z Was. Na ustach trzyma się, w zależności od tego co robimy, od godziny do trzech. Podczas jedzenia się ściera, na szczęście równomiernie, a delikatne zabarwienie wciąż pozostaje. No i wszystko. Taki makijaż jest prosty w wykonaniu, szybki, trwały, a efekt jaki daje jest niesamowicie naturalny i świeży.



Ostatnio maluje się tak codziennie, zmieniam jedynie pomadkę czy błyszczyk. Jak Wam się podoba? Lubicie takie lekkie, rozświetlające makijaże? Czy jednak stawiacie na mat?

 
Szablon zrobiony przez CreativeLight.pl