Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulubieńcy. Pokaż wszystkie posty

3.9.17

Ulubieńcy: maj, czerwiec, lipiec

Jak Wam minął sierpień? Ja nie zdążyłam jeszcze nacieszyć się latem, a okazuje się, że tu zaraz koniec tegoż. Dni są coraz krótsze, wieczory zdecydowanie chłodniejsze, a ciepłe swetry  w sklepach oznajmiają, że za rogiem czai się jesień. W ostatnim czasie cicho było na blogu dlatego też dziś nadrabiam prezentując Wam ulubieńców ostatnich 3 miesięcy: maja, czerwca i lipca. Na tych sierpniowych przyjdzie jeszcze czas!


Insight Professional, Antioxidant - linia opracowana tak by chronić włosy przed szkodliwym działaniem wolnych rodników i odbudowywać. Oparta na organicznych ekstraktach z marchwi, masła sojowego oraz olejach z jojoby i i orzechów działa odmładzająco, wzmacniająco, odżywiająco, a także stymulująco. Muszę przyznać, że moje włosy absolutnie uwielbiają produkty tej marki dlatego tym razem nie mogło być inaczej. Szampon oraz odżywka z linii Antioxidant to naturalny duet, który świetnie ze sobą współgra. Szampon genialnie się pieni, dogłębnie oczyszcza będąc jednocześnie delikatnym dla skóry głowy, natomiast odżywka wspaniale nawilża nie wykazując przy tym skłonności do obciążania.W efekcie, po zastosowaniu duetu, włosy są doskonale odświeżone, odbite od nasady i sypkie, a także wygładzone i błyszczące. Ogromną zaletą są tu też duże pojemności, wygodne opakowanie, świetny zapach oraz bezpieczne składy bez SLS, SLES, parabenów, silikonów, sztucznych barwników, alergenów zapachowych czy olejów mineralnych. Polecam, nie tylko dla pań!

Naturativ, Samoopalacz - kiepska ze mnie fanka opalania dlatego czy zima czy lato ratuję się samoopalaczami. Ten już kiedyś miałam, wróciłam do niego po długim czasie nieużywania i nic się nie zmieniło, uwielbiam jak przedtem! Łatwy w aplikacji, nie tworzy smug i daje bardzo naturalny efekt. 1-2 aplikacje i tyle, aby cieszyć się zdrową opalenizną, która nie tylko upiększa ciało, ale przy okazji tez pielęgnuję. Minusy? Nieprzyjemny zapach, który po kilku godzinach wietrzeje.

David Mallet, Volume Powder - że włosy mam cienkie i oklapnięte narzekałam nie raz. Produkty do stylizacji są u mnie zawsze pod ręką, nie znalazłam jeszcze tego jedynego, ale ten od Davida naprawdę daje radę. A co to takiego? Magiczny puder, który tworzy objętość ot tak. Wystarczy rozpylić, pomasować i gotowe. Ja stosuję go najczęściej gdy upinam włosy. Puder zdecydowanie zwiększa objętość, pogrubia i nadaje tekstury, nie  odbierając włosom podatności na układanie. Wydajność, zapach i sam pomysł na aplikację też bardzo na tak!

Fridge by Yde, Avocado Body - marka Fridge by Yde już niejednokrotnie udowodniła, że świeże kosmetyki bez alkoholu, konserwantów i substancji syntetycznych potrafią zdziałać cuda i tak też jest i tym razem! Avocado body to stosunkowy nowy produkt w asortymencie firmy, ale zdecydowanie genialny w działaniu. Oparty na ekstrakcie z bluszczu oraz olejach z awokado i imbiru, za zadanie ma odżywiać, regenerować, wzmacniać i napinać. Zdecydowanie muszę przyznać, że dokładnie to robi. W pewnym momencie mój synek absorbował tyle uwagi, że nie miałam czasu ani siły by sumiennie zadbać o skórę na skutek czego stała się szorstka i przesuszona. Próbowałam ratować się emolientami, ale tak naprawdę dopiero aplikacja tego kremu przyniosła oczekiwane rezultaty. Skóra szybko odzyskała prawidłowy poziom nawilżenia, stała się gładka, miękka, a tym samym elastyczna i bardziej napięta. Chyba nic więcej nie muszę dodawać? Kupujcie bo warto!



Sally Hansen, Color Therapy - kolor i pielęgnacja paznokci w jednym? Z nową linią Sally Hansen to możliwe. Color Therapy to innowacyjne lakiery powstałe w oparciu o technologię mikrocząsteczek. Opatentowana formuła wzbogacona o olejki: arganowy, z jagód Acai i wiesiołka przenika w głębsze warstwy płytki paznokcia dzięki czemu manicure jest nie tylko kolorowy, ale też zdrowy. Świetna konsystencja, wygodna aplikacja, idealnie dopasowany pędzelek i genialna trwałość, z topem do 10 dni, to tylko kilka z kolejnych zalet. Ja jestem na tak. Na zdjęciu kolory, które zdecydowanie w ostatnim czasie najczęściej u mnie na paznokciach gościły, natomiast 380 Ohm My Magenta to abolutnie mój nr.1!



Fridge by Yde, 3.2 Rose Water Tonic - kolejny raz pojawia się u mnie w ulubieńcach, ale to i miłość i uzależnienie.  Oparty na wodzie różanej, super delikatny i pięknie pachnący. Jednocześnie koi, wygładza, tonizuje i wspaniale nawilża. Tak wspaniale, że czasem krem był mi zupełnie zbędny. Wystarczy spryskać tylko twarz i gotowe! Niby to tylko tonik, ale dla mnie juz niezastąpiony! Zachwyca działaniem, odpręża zapachem, a w upalne dni taki prosto z lodówki najprzyjemniej chłodzi.

Yope Soap, Żele pod prysznic Geranium i Kadzidłowiec - towarzyszyły mi przez całe wakacje pod prysznicem i towarzyszą wciąż. Łagodne, skuteczne, o przyjaznych składach i pięknych, delikatnych zapachach. Cóż chcieć więcej? Zdecydowanie uzależniają jak mydła do rąk tej samej marki!

Phenome, Hypoalergenic Mom&Baby Cream - pełen dobroczynnych substancji: ekologicznych wód roślinnych, olei oraz ekstraktów i łagodny w działaniu, szczególnie polecany dla mam i dzieci, ale świetnie sprawdzi się też u wrażliwców czy alergików. Zachwyca konsystencją, właściwościami odżywczymi i delikatnym zapachem. U nas był stosowany głównie przeze mnie, ale zdarzało się, że używałam go do pielęgnacji delikatnej skóry Maurycego.  Szybko przywracał skórze nawilżenie i sprężystość, zapobiegał przed dalszą utratą wody z naskórka i przynosił ukojenie. Co ważne, świetnie się też wchłania nie pozostawiając tłustej warstwy, a zapach jest tu tak ładny i na tyle delikatny, że przypadnie do gustu każdemu. My uwielbiamy i szczerze polecamy!

Resibo, Specjalistyczny Balsam Wyszczuplający - do kosmetyków antycellulitowych podchodzę dość sceptycznie, ale że markę Resibo dobrze znam i cenię postanowiłam dać mu szansę. Zreszta po ciąży takie produkty były bardzo wskazane. I nie zwiodłam się! Opracowany na ekstrakcie z jednokomórkowej algi Tisochrysis lutea, maśle mango, wit. E oraz olejach asybińskim, winogronowym, makadamia, sezamowym, kukurydzianym, słonecznikowym i chia. Charakteryzuje się lekką konsystencją, przyjemnym zapachem i super działaniem. Oczywiście bez diety i ćwiczeń nie spodziewajmy się cudów, ale przy regularnym stosowaniu śmiało można zauważyć napięcie skóry, wzmocnienie i i wygładzenie. Ja stosowałam go głównie na nogi i brzuch i tu efekty są naprawdę zaskakujące!



Phenome, Protective Face Cream SPF30 - trudno o dobry krem do twarzy z filtrem, tym bardziej mineralnym lecz jest jeden taki, który okazał się doskonały. Phenome stworzyło krem, który łączy w sobie działanie ochronne jak i odżywcze. Wody roślinne: migdałowa i aloesowa, filtry mineralne, roślinny kompleks anti-aging, masła shea oraz babassu, ekstrakty: z żurawiny, owoców goji, a także oleje: jojoba, kokosowy, ze słodkich migdałów - miks tych składników sprawia, że kosmetyk jest i bezpieczny i skuteczny. Zastosowane tu filtry mineralne nie wnikają w głąb skóry, tworząc na jej powierzchni warstwę ochronną, która to odbija szkodliwe promieniowanie, zarówno UVA jak i UVB. Pozostałe składniki natomiast odżywiają, nawilżają i dbają o skórę zapobiegając jej starzeniu. Krem jest dość gęsty i trudny w rozsmarowaniu, ale gdy już to zrobimy szybko się wchłania pozostawiając na skórze jedynie delikatny film. Dobrze sprawdza się pod makijażem, zdecydowanie nie wpływa na jego trwałość i nie powoduje przetłuszczania się skóry. Co więcej, rzeczywiście świetnie nawilża zapewniając skórze komfort. Testowałam go głównie w miejskich warunkach, lecz ostatnio miałam możliwość sprawdzić go również i nad morzem gdzie pogoda naprawdę dopisała, całe dnie spacerowaliśmy w słońcu, krem zapewnił mi i nawilżenie i super ochronę. Szczerze polecam! 





Bare Mineralns, Bareskin Complete Coverage Serum Concealer - dobry korektor to myślę, że niezbędnik każde młodej mamy, ale i nie tylko bo niestety, ale większość z nas, kobiet, boryka się z zasinieniami pod oczami. Ten od BareMinerals jest lekki, a zarazem skuteczny. Mocno kryjący i jednocześnie odżywczy. Nawilża skórę pod oczami, kamufluje zasinienia, rozświetla tym samym odświeżając spojrzenie i przywracając mu młodość. Do tego jest super fajny w aplikacji, pięknie stapia się ze skórą i jest mega wydajny. Dla mnie doskonały! 

Annabelle Minerlas, Podkład Matujący - podkład, który jest moim absolutnym hitem od dawna. Zdradzam go czasem z innymi, ale w trudnych sytuacjach, jak teraz gdy na całej twarzy wysyp, wracam do niego potulnie. Po pierwsze fantastycznie maskuje wszystkie niedoskonałości, po drugie pięknie stapia się z cerą, po trzecie dzięki niby sypkiej, ale jednocześnie kremowej konsystencji nie stwarza problemów podczas aplikacji, po czwarte ma genialny skład, który nie obciążą i nie zapycha cery pozwalając jej jednocześnie oddychać. Powodów mojego uwielbienia byłoby więcej, ale pozostawię nutkę niedopowiedzenia. Po prostu trzeba go przetestować!

Caudalie, Vine Activ krem i serum - lekkie konsystencje, ziołowe zapachy i świetnie działanie to to co wyróżnia kosmetyki z serii Vine Active, ale nie tylko bo seria ta to coś więcej. To ochrona przeciw zanieczyszczeniom środowiska i szybkiemu starzeniu się skóry. Vine Active zostało stworzone głównie dla 20-30 latek, które żyją w biegu i nie mają zbyt wiele czasu na pielęgnację. Na serię składa się 4 kosmetyki z czego ja przetestowałam narazie dwa: krem nawilżający do twarzy i przeciwzmarszczkowe serum. Oba lekkie, szybko wchłaniające się i dające poczucie komfortu. Oba produkty stosowałam zawsze w duecie, taki miks nie obciążył mojej mieszanej cery, nie wzmagał przetłuszczania, stosowany na dzień był świetną bazą pod makijaż natomiast aplikowany na noc sprawiał, że budziłam się z promienną, odżywioną i rozświetloną skórą. Nie wiem jak ten duet sprawdziłby się na cerze suchej i wymagającej, ale dla cer normalnych i mieszanych mocno polecam! 

Rimmel, Brow Styling Gel - mogę nie malować rzęs, ale brwi muszą być podkreślone. Brow Styling Gel to produkt nieidealny, ale gdy już nauczycie się z nim pracować stworzycie efekty o jakich marzycie. Podkreśli, ujarzmi, wyrówna i utrzyma się na miejscu do czasu demakijażu. Ja nie polubiłam się z nim od razu. Dość duża szczoteczka i bardzo mokra konsystencja potrafią wyczarować efekt wręcz przerysowany, ale wystarczy kilka aplikacji aby dojść do wprawy. Lubię za kolor, za trwałość i za dobrą cenę też!

Resibo,  Kojący balsam do ust. Perfector 3w1 - zachwycałam się nim już raz, pozachwycam się kolejny ponieważ ten balsam ma naprawdę genialne działanie. Pełen dobroczynnych substancji jak ekstrakt z kiełków żółtej gorczycy, olej abisyński, masło shea , woski z kwiatów mimozy oraz z jojoby i słonecznika, za zadanie ma chronić, regenerować, nawilżać oraz odżywiać skórę ust i dokładnie to robi. U mnie wystarczy zastosowanie raz dziennie, na noc, abym mogła cieszyć się nawilżonymi, gładkimi i wypielęgnowanymi ustami przez cały dzień! Jednak przyznam szczerze, że sięgam po niego częściej ze względu na przyjemny aromat i pyszny smak, który to balsam zawdzięcza stewii. Jeśli borykacie się z przesuszonymi i popękanymi wargami zdecydowanie polecam, szczególnie, że zbliża się jesień, a on tworzy świetny opatrunek, który chroni usta też przed niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Zresztą sprawdźcie i przekonajcie się same!




Resibo, Multifunkcyjny peeling dla twarzy - kolejny produkt marki Resibo, ale cóż zrobić, uwielbiam ich kosmetyki. Tym razem to peeling, ale nie byle jaki bo, jak już sama nazwa wskazuje, wielofunkcyjny. W zależności od typu skóry i potrzeb można go stosować jako peeling mechaniczny lub enzymatyczny. Gęsty, pełen ścierających drobinek, skuteczny, a jednocześnie delikatny dla skóry. Dzięki trójpeptydowi PerfectionPeptide P3 przyspiesza odnowę naskórka, owoc papai degraduje komórki wierzchnie warstw skóry tym samym poprawiając jej koloryt i jednocześnie nawilżając, koloidalna mąka z owsa działa przeciwutleniająco i łagodzi, natomiast biała glinka oczyszcza, wygładza i absorbuje nadmiar sebum. Powiem Wam, że ja działaniem peelingu jestem zachwycona! Cera po jego zastosowaniu jest wyraźnie oczyszczona, wygładzona, delikatnie napięta i odmłodzona, sam peeling w ogóle nie podrażnia, a wręcz nawilża. Do tego bosko pachnie. Resibo - naprawdę mistrzowska robota! Warto tu podkreślić, że kosmetyk jest w 98% naturalny i całkowicie wegański.

Diptyque, Eau Geranium Odorata - tak pachnie lato! Lekko, kwiatowo, a jednocześnie drzewnie, trochę pikantnie, a przy tym zwiewnie. Dwie odmiany geranium: afrykańskiego z Egiptu oraz burbońskiego z Wyspy Reunion przeplatają się tu z bergamotą, zielonym kardamonem, cedrem, tonkowcem wonnym i pieprzem różowym tworząc naprawdę przyjemną, zrównoważoną kompozycję., która zachwyca i idealnie współgra z letnią aurą. Płakać chce się jedynie nad trwałością, ale i tak używam ich z radością! 

Alba 1913, Galeniczny regenerujący krem do stóp - chcecie poznać najlepszy krem do stóp? Oto on! Gęsty, treściwy i przede wszystkim mocno odżywczy. Zastosowane tu masło kakaowe, olejek oregano, olej kokosowy oraz tlenek cynku dają niemalże natychmiastowe efekty. Krem zmiękcza, zmniejsza podrażnienia, a także przynosi ulgę bez nadmiernego efektu chłodzeniu. Mając małe dziecko dość dużo czasu spędzam na nogach, spacery, noszenie itd. po całym dniu są one zmęczone, często spuchnięte i obolałe. Krem rzeczywiście łagodzi obciążenia, przynosi ulgę zmęczonym stopom, a dzięki treściwej, nieco tłustej konsystencji pozwala wykonać krótki masaż, który dodatkowo wpływa na ich komfort. Prz regularnym stosowaniu szybko można zauważyć efekty, kosmetyk wyraźnie zwiększa elastyczność skóry czyniąc ją tym samym gładszą, regeneruje i zapobiega nadmiernemu rogowaceniu co przekłada się na wygląd, a jak wiadomo zadbane stopy to piękne stopy. Co więcej, ziołowy zapach zdecydowanie uprzyjemnia stosowanie, a duża wydajność sprawia, że krem posłuży nam naprawdę długi czas!

John Masters Organics, Krem do rąk Świerk&Limonka - jeśli czytacie mnie od dawna na pewno wicie, że krem do rąk to dla mnie must have. Przetestowałam ich już naprawdę wiele lecz niewiele mnie zachwyciło bo i wymagania mam naprawdę spore. Taki krem musi przede wszystkim doskonale pielęgnować, nawilżać, odżywiać, regenerować, wygładzać, dobrze też gdy szybko się wchłania, a jeszcze lepiej gdy dodatkowo pięknie pachnie i ten taki właśnie jest. Lekki, dobrze wchłaniający się, a jednocześnie bardzo odżywczy. Nawilża, uelastycznia i wygładza. No i zapach, świeży, leśny, idealny! Tak samo jak skład!

Sporo się tego przez te 3 miesiące uzbierało. Myślałam żeby coś skrócić, pominąć, ale nie mogłam tego zrobić. Wszystkie wymienione kosmetyki szczerze polecam. Ja używałam ich z przyjemnością, z większości wciąż korzystam, a jeśli już coś mi się skończyło to na pewno ponowie zakup. 

Dajcie znać na co się skusicie po mojej rekomendacji? A jeśli już coś znacie to napiszcie czy macie takie same czy inne odczucia? Czekam na Wasze komentarze :)


20.4.17

Moje Kosmetyczne Hity

Wpis z ulubieńcami pojawiający się z dużym opóźnieniem to u mnie standard, ale podejrzewam, że już do tego przywykliście. Dziś ulubieńców całkiem sporo, ale cóż zrobić, po każdy z kosmetyków sięgałam z przyjemnością, wszystkie są godne polecenie więc nie mogłam żadnego pominąć. Ze względu na niemowlaczka czasu u mnie trochę mniej niż zawsze więc będzie krótko i szybko.







The Body Shop, Aloe Calming Foaming Wash - już od dawna zdecydowanie najbardziej preferuję łagodne preparaty do oczyszczania skóry twarzy, a ta pianka od TBS jest po prostu rewelacyjna. Łagodna, bezzapachowa i super puszysta. Otula skórę delikatną chmurką, myje, koi i oczyszcza. Nie ma tu mowy o przesuszaniu, czy podrażnieniach. Po jej zastosowaniu cera jest czysta, elastyczna oraz gotowa na dalsze zabiegi pielęgnacyjne, a ja nie wymagam nic więcej. 

Phenome, Rebalance Hair Wash -  marka doskonale wie jak robić kosmetyki w tym szampony. Ten przeznaczony jest do każdego rodzaju włosów oraz codziennego stosowania i bez obaw każdego dnia możemy go używać choć szybko przekonacie się, że nie ma takiej potrzeby. Super łagodny, oparty na wyselekcjonowanych składnikach nie tylko doskonale oczyszcza włosy oraz skórę głowy, ale działa też łagodząco i pielęgnuję. Włosy odzyskują blask, są zdecydowanie pogrubione - serio!,  odżywione i podatne na układanie, natomiast skóra głowy wyciszona i ukojona. Efekt można zauważyć już po pierwszym użyciu i to nie żart!

Aromatherapy associates,  Purifying Facial Scrub - niepozorny, a działa cuda! Oparty na glince, z zawartością delikatnych drobin z kolb kukurydzy i jojoba. Delikatnie masuje złuszczając przy tym martwy naskórek i odsłaniając zdrowszą, jaśniejszą i piękniejszą skórę. Wystarczy zaledwie chwila by cera odzyskała blask, była oczyszczona, rozjaśniona i gładka. Co więcej zawarta w  nim glinka działa na cerę kojąco, a jednocześnie oczyszcza i reguluje wydzielanie sebum jak maska. Polecam każdemu!



Alba 1913, Galeniczny Krem na rozstępy - gęsty, odżywczy krem o zapachu owoców leśnych, który nie tylko pielęgnuje, ale działa też leczniczo. Ja wdrożyłam go do swojej pielęgnacji dosłownie pod koniec ciąży gdy tylko zauważyłam pierwsze rozstępy nad pępkiem. Wcierany w skórę 2 razy dziennie pokazał, że ma moc. Rozjaśnił oraz spłycił istniejące już zmiany, a także zapobiegł powstaniu nowych. Ze względu na bardzo gęstą, odżywczą konsystencję wcieram go jedynie w brzuch. Jego zapach odprężą, a działanie zachwyca!

Resibo, Kojący Balsam do ust - kolejny kosmetyk Resibo w mojej kosmetyczce, który okazał się hitem. Tym razem mowa tu o magicznym balsamie do ust. Naturalny, pełen dobroczynnych składników jak ekstrakt z kiełków żółtej gorczycy, woski z mimozy, jojoby i słonecznika czy stewia nie tylko ekspresowo regeneruje i nawilża, ale działa też kojąco, podkreśla naturalną czerwień ust i je uwydatnia. Do tego kobieca, wygodna i higieniczna tubka, delikatny posmak mango i cóż chcieć więcej? Kupujcie i próbujcie. Nie zawiedziecie się, obiecuję!

Fridge by Yde, 3.2 Rose Water Tonic - toniki lubię i już, a do tych różanych pałam miłością szczególnie wielką. Ten od Fridge nie tylko pięknie pachnie i wpływa kojąco, nawilżająco i wzmacniająco na skórę, ale jest też naturalny i świeży. Bez alkoholu, konserwantów i innych niepotrzebnych składników. Co tu dużo pisać, używanie go to czysta przyjemność! Rano pobudza skórę, a wieczorem koi. Pozostaje tylko używać i rozwodzić się nie tylko nad działaniem, ale też zapachem.


Miało być krótko, a wyszło prawie jak zawsze. Co Wam wpadło w oko? Piszcie! :)

19.3.17

Ulubione w lutym

Ulubieńcy lutego w przeszło połowie marca? Czemu nie! skoro mamy tu same perełki, o których koniecznie musicie się dowiedzieć. A więc, nie przedłużając, zapraszam na prezentacje.




John Masters Organics, Lime&Spruce Hand Cream - kremy do rąk to coś co zawsze muszę mieć przy sobie, szczególnie teraz gdy ręce myję jeszcze częściej niż zawsze, a to jak wiadomo nie służy skórze i tylko dodatkowo ją przesusza. Krem JMO zachwycił mnie szczególnie zapachem -naturalnym, leśnym. Długo takiego szukałam! Jest delikatny, niedrażniący, ale wyczuwalny i bardzo odprężający. Pod względem działania również nie mam mu nic do zarzucenia. Lekki, szybko wchłaniający się, a jednocześnie genialnie odżywiający. Wygładza skórę, nawilża, regeneruje i zapobiega utracie wody z naskórka. Idealny do stosowania na co dzień ze względu na szybkie wchłanianie i brak tłustej warstwy, a także na noc. Wtedy jeszcze lepiej regeneruje i nawilża! Skład jak się domyślacie - pierwsza klasa, no i wersja Lemon&Ginger jest równie fajna.

Organique, Aloe Vera Calming Therapy Face Cream- przeleżał kilka miesięcy w szafce zanim zaczęłam go stosować, ale cieszę się, że w końcu przyszła na niego pora. Co tu dużo pisać, jest genialny! Przeznaczony głównie dla cer suchych i wrażliwych, a moja teraz, podczas ciąży, taka właśnie jest. Ale ale, myślę, że na cerach normalnych czy mieszanych sprawdzi się równie fajnie. Lekki, puszysty, szybko się wchłania otulając skórę delikatną lecz nietłusta warstwą ochronną. Odżywia, łagodzi i utrzymuje prawidłowe nawilżenie skóry dzięki czemu jest ona gładka, jędrna i promienna. Co więcej, krem cudownie sprawdza się jako baza pod makijaż, przedłuża jego trwałość i nie powoduje przetłuszczania skóry. Ogromny plus należy się też za delikatny, nienachalny zapach, fajny skład i higieniczne oraz bardzo wygodne opakowanie z pompką. Na dziś to tyle, więcej napisze w pełnej recenzji bo serio, należy mu się. 



Alpha H, Balancing Cleanser with Aloe Vera - czyli delikatne mleczko do oczyszczania skóry. W ulubieńcach pojawia się już drugi raz, ale co zrobić, no uwielbiam i już. Łagodne, a przy tym super skuteczne. Doskonale oczyszcza skórę z resztek makijażu, sebum i innych zanieczyszczeń jednocześnie kojąc ją i odżywiając. W efekcie jest ona czysta, gładka, elastyczna i gotowa na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. Czasy gdy demakijaż był udręką już minęły, należy tylko sięgać po odpowiednie produkty, a Balancing Cleanser jest zdecydowanie moim faworytem, którego polecam z czystym sumieniem! I nie, nie jest to produkt tylko do cery suchej, to produkt praktycznie dla każdego. Cerę suchą nawilża, a mieszaną reguluje. 

Origins, Gentle Cleansing Oil - kolejny produkt, który pokazuje, że demakijaż może być przyjemnością. Mowa tu o lekkim olejku obok, którego krążyłam od dawna i dobrze, że zdecydowałam się w końcu na zakup bo okazał się prawdziwym HITEM! Nie dość, że pięknie usuwa cały makijaż to jeszcze nie podrażnia, nie powoduje mgły oraz nie pozostawia tłustej, nieprzyjemnej warstwy. Wystarczy zaaplikować go na suchą skórę oraz oczy, wykonać krótki masaż, a następnie usunąć wszystko ciepłą wodą, można to zrobić też przy użyciu ściereczki z mikrofibry czy muślinowej. Chwila moment i makijaż jest zmyty, a skóra czysta, promienna i oddychająca. Jedynym minusem jest tu duży otwór w butelce i brak aplikatora, ale będąc ostrożnym można bez problemu zaaplikować odpowiednią ilość produktu. Jeśli poszukujecie skutecznego olejku do demakijażu koniecznie się mu przyjrzycie bo warto!



tołpa, mum., olejek przeciw rozstępom - no cóż, ściemniać nie będę, dziś okazało się, że rozstępy mnie nie ominęły (pojawiły się nad pępkiem, ehh!) jednak nie winię tutaj olejku bo w ciągu dnia sięgam też po inne produkty pielęgnacyjne więc musiałabym napisać, że wszystkie są beznadziejne, a jak wiemy na to czy rozstępy się pojawią czy też nie składa się wiele różnych czynników. Widocznie tak miało być i już. A olejek lubię i zdania nie zmienię. Przeznaczony dla kobiet od 4 miesiąca ciąży i po porodzie, opracowany na olejach: ze słodkich migdałów i makadamia oraz wit. E. Gęsty, treściwy, o przyjemnym, pudrowym zapachu - taaak, zapach mnie ujął! W lutym sięgałam po niego regularnie, szczególnie zaraz po prysznicu. Zaaplikowany na mokrą skórę świetnie i błyskawicznie się rozprowadza, a osuszony ręcznikiem nie pozostawia tłustej warstwy tylko delikatną, otulającą mgiełkę, która nawilża, uelastycznia i odżywia skórę, zdecydowanie lubię ten efekt. Jak już wspomniałam, olejek nie uchronił mnie przed rozstępami, ale nie mam pretensji i polecam!

To już wszyscy ulubieńcy. Dajcie znać który z kosmetyków szczególnie Was zainteresował? I może polecicie mi coś na rozstępy już istniejące? 
Do napisania!

29.12.16

Ulubieńcy grudnia

Między poświątecznym leniuchowaniem, a pakowaniem walizek (jutro jedziemy nad morze YAY), postanowiłam napisać Wam o ulubieńcach grudnia. W końcu mamy tu same perełki, więc aż szkoda byłoby o nich nie wspomnieć. Jak to u mnie, pielęgnacyjnej maniaczki, w zestawieniu znalazły się głównie kosmetyki pielęgnacyjne, ale nie tylko. Zresztą same zobaczcie. 





Body Boom, Kokos - kawowe peelingi do ciała już dawno podbiły moje serce. Wcześniej stosowałam te od Frank Body jednak po wielu pozytywnych komentarzach zdecydowałam się na zakup scrubu polskiej marki Body Boom i nie zawiodłam się. Idealny! Wzbogacony o olejki oraz witaminy, szybko i skutecznie pozwala pozbyć się martwego naskórka, wygładza, ujędrnia i napina, a przy tym nie podrażnia pozostawiając skórę aksamitnie miękką i delikatnie nawilżoną. Osobiście po jego użyciu aplikuję masło/balsam/olejek, ale nie jest to konieczne. Co więcej, peeling jest super wydajny, a kokosowy zapach wręcz uzależnia! Polecam.

Abel, Red Santal - organiczne perfumy, z którymi już się nie rozstaję. Dostępne w dwóch pojemnościach 15 i 50 ml, a także 5 różnych wersjach zapachowych. U mnie gości sandałowiec Red Santal z dodatkiem czarnego i różowego pieprzu, goździków, bergamotki i tymianku. Pikantny i zdecydowany, a jednocześnie otulający i trwały. W zależności od dnia czy humoru tworzy na skórze niepowtarzalne połączenia, dodaje pewności siebie i zachęca do działania. Tego nie da się opisać, to trzeba poczuć!  



Iossi, Spice of India - masło do ciała nagrodzone w konkursie InStyle Best Beauty Buys 2016 co wcale mnie nie dziwi. W grudniu sięgałam po nie niemalże codziennie i codziennie zachwycałam się i zapachem i działaniem. Opracowane na maśle Shea i olejku arganowym, niezwykle puszyste i wydajne. Na skórze zmienia konsystencję z lekkiej pianki w oleistą, świetnie się rozsmarowuje i wbrew pozorom naprawdę dobrze wchłania pozostawiając na skórze jedynie delikatny, ochronny film. Odżywia, regeneruje, uelastycznia, niweluje podrażnienia i nawilża na bardzo długie godziny, a jego orientalny, ziołowo - korzenny zapach działa aromaterapeutycznie. Relaksuje i niweluje napięcia. Genialne i już!

Fridge, Serum Bomb - prawdziwa bomba witaminowa zamknięta w szklanej, minimalistycznej butelce. Dedykowane głównie cerom suchym i zmęczonym, ale mam wrażenie, że sprawdzi się u każdego, szczególnie teraz w okresie zimowym gdy skóra potrzebuje dogłębnego odżywienia i regeneracji. Dzięki zawartości mocznika długotrwale nawilża, ekstrakty z miłorzębu, lnu oraz melisy odżywiają i wygładzają natomiast oleje: arganowy, truskawkowy i różane działają na skórę pobudzająco i przeciwzmarszczkowo. W efekcie cera odzyskuje jędrność, gładkość i blask. Ja stosuję je zarówno rano, jak i wieczorem, w duecie z kremem lub solo. W obu przypadkach sprawdza się fantastycznie, jest też świetną bazą pod makijaż. Szybko się wchłania i nie powoduje przetłuszczania skóry. Naturalne cudo!





Lancome, Teint Idole Ultra 24H - podkład, który porzuciłam na rzecz Chanel - Perfection Lumiere Velvet. Wróciłam do niego po długiej przerwie i zachwycił mnie na nowo. Gęsty i trwały, o średnim kryciu i lekko pudrowym, ale nie płaskim wykończeniu. Wyrównuje koloryt, maskuje niedoskonałości i trwa na skórze calutki dzień trzymając cerę w ryzach. Ja aplikuję go najczęściej pędzlem, nie tworzy smug, idealnie stapia się ze skórą, nie oksyduje i, co najważniejsze, nie tworzy maski choć nie jest całkowicie niewidoczny. Jest jedno ale, cera musi być dobrze odżywiona i bez śladu suchych skórek. Posiadaczki cer mieszanych na pewno zadowoli, polecam :)

Fridge by Yde, 4.5 Orange Lips - bez balsamu do ust jak bez ręki. No muszę zawsze jakiś mieć, a szczególnie teraz zimą. Popękane, szorstkie wargi są passe! Miodowo - pomarańczowe masło to nowość w asortymencie marki Fridge, ale za to jak bardzo udana! Opracowane na bazie miodu, olejku macadamia i pomarańczowego, bogate w kwasy omega 3,6 i 9, o lekko zbitej, delikatnie tłustej konsystencji już chwilę po aplikacji przynosi spierzchniętym ustom ulgę, silnie regeneruje, odżywia i nawilża. Szorstkie usta staja się jedwabiście gładkie, miękkie i gotowe do całowania! Do tej pory moim faworytem było masełko Reve de Miel od Nuxe, ale Fridge bije je na głowę. Ma lepszy skład, przyjemniejszą konsystencję i jeszcze lepsze działanie. Koniecznie wypróbujcie!



Artdeco, Paletka Most Wanted To Go - paletka w neutralnych odcieniach to coś co każda kobieta powinna mieć w kosmetyczne. Ta od Artdeco nie tylko posiada 12 pięknych odcieni w beżach i brązach pasujących do każdego typu urody i karnacji, ale jest też bardzo praktyczna i super lekka co sprawia, że śmiało możemy zabrać ją ze sobą zawsze i wszędzie. W grudniu często podróżowałam, a wraz ze mną ta paletka właśnie. Płaskie, tekturowe opakowanie bez problemu mieści się w nawet najmniejszej walizce, a cienie są tak skomponowane, że pozwalają stworzyć nieskończenie wiele makijaży zarówno tych dziennych jak i na większe wyjścia. Ponadto mają aksamitną konsystencję, świetnie się blendują i trwają na powiece długie godziny. Ja jestem zachwycona i ostatnio serio sięgam po nią codziennie.

Eco by Sonya, Winter Skin - marka Eco by Sonya już swoim samoopalającym tonikiem, o którym możecie przeczytać o tutaj >klik<, udowodniła, że potrafi tworzyć nie tylko ekologiczne, ale też genialne kosmetyki brązujące. A balsam Winter Skin tylko upewnił mnie w tym przekonaniu. Co go wyróżnia? A no genialny, organiczny skład, super szybka i łatwa aplikacja, natychmiastowe wchłanianie, brak charakterystycznego zapachu i piękny, naturalny efekt opalenizny bez plam czy smug. Po pierwszej aplikacji bardzo delikatny, ale widoczny i np. dla mnie wystarczający. Mój nr. 1, zdecydowanie!







































Co Was zaciekawiło? I co chętnie widziałybyście u siebie? Dajcie znać :)

27.11.16

Ulubieńcy ostatnich tygodni

Nie było ulubieńców września, ulubieńców października też nie pokazałam, a że to już zaraz koniec listopada postanowiłam zaprezentować Wam, jak już się domyślacie, ulubieńców ostatnich kilku tygodni. Są to kosmetyki regularnie przeze mnie stosowane, dobrze już przetestowane i takie, które polecam niemalże każdemu.







NCLA, Lakier i Top Coat - lakiery bez toksyn wiodą u mnie prym, a ten duet od NCLA jest naprawdę świetny. Idealna konsystencja, szerokie wygodne pędzelki,  doskonały skład to tylko kilka z zalet tych produktów. Do wyboru jest mnóstwo kolorów, ale mnie obecnie uwiódł ten kryjący się pod nazwą Rodeo Drive Royalty. Ciemna, żurawinowa czerwień, idealna na okres jesienno - zimowy, pasująca do wszystkiego i wszędzie. Nie tylko zdobi paznokcie, ale też pięknie komponuje się z grubymi swetrami i wełnianym płaszczem, a pokryta topem Gelous? zapewnia trwały, błyszczący manicure przez kilka dni! Ja już poluję na kolejne butelki, a Was zachęcam do zapoznania się z ofertą marki.

Diptyque, Tam Dao - nie umiem opisywać zapachów i nie będę udawała, że tak jest, ale te perfumy musiałam tu pokazać ponieważ odkąd je tylko dostałam oczarowały mnie totalnie. Tam Dao to zapach zbudowany wokół drzewa sandałowego. W pierwszej chwili mocny, odurzający, łagodniejący z minuty na minutę aby połączyć się ze skórą i stworzyć z nią jedność. Miękki, mleczny, niepowtarzalny, nieco słodki i orientalny. Idealny na te chłodne, szare dni. Rozgrzewa i otula jak ulubiony, ciepły sweter. Nie jest zbyt trwały, trwa na skórze od 4 do 6 godzin po czym się ulatnia, za to na ubraniach trzyma się znacznie dłużej. Uwielbiam, a wręcz jestem od niego uzależniona!




Fig&Yarrow, Facial Scrub - mechaniczny scrub, który jednocześnie złuszcza i fantastycznie odżywia. Przy pierwszym spotkaniu trochę mnie zaskoczył, przede wszystkim konsystencją, nieco tłustą, zwartą, ale już chwilę po aplikacji byłam totalnie oczarowana. Za środek ścierny robią tu płatki owsiane i odwalają naprawdę kawał dobrej roboty. Złuszczają, oczyszczają i świetnie wygładzają nie podrażniając przy tym skóry, natomiast olejki zawarte w peelingu wpływają na cerę nawilżająco. Po 2-3 minutowym masażu jest ona gładka, promienna, delikatnie zaróżowiona, oczyszczona i jędrna. Ja po takim zabiegu nie nakładam na skórę już absolutnie nic ponieważ nie ma takiej potrzeby. No mega!

Naturativ, Otulający Żel pod Prysznic - nie ma lepszego żelu na okres jesienno-zimowy. Gęsty, w 100% naturalny, niezwykle łagodny i pachnący tak pięknie, że można się uzależnić. Karmelowo-waniliowy zapach z nutą cytryny otula, rozgrzewa, wprowadza w pozytywny nastrój i zdecydowanie uprzyjemnia te zimne wieczory. Sam żel natomiast delikatnie acz skutecznie oczyszcza pozostawiając skórę miękką i pachnącą. Uwielbiam!




Iossi, Mgiełka/Tonik Róża Damasceńska (brak na zdjęciu) - tonik to dla mnie must-have w pielęgnacji cery, a ten sprawdza się więcej niż świetnie. Tonizuje, wyrównuje ph skóry, łagodzi podrażnienia i odświeża pozostawiając cerę promienną, delikatnie nawilżoną i gotową na nałożenie kolejnych preparatów pielęgnacyjnych. Ponadto pięknie pachnie! różami oczywiście, a atomizer działa sprawnie i bez zarzutu rozpylając na skórę delikatną mgiełkę. 100% natury i zadowolenia :)

Ministerstwo Dobrego Mydła, Peeling Śliwkowy - moim zdecydowanym faworytem są peelingi kawowe, ale ten cukrowy od MDM też ma moc! Drobinki cukru w kilka chwil pomagają pozbyć się martwego naskórka, zawarte olejki odżywiają skórę, a słodki śliwkowy zapach relaksuje i uwaga, zdecydowanie wzmaga apetyt! W efekcie, po użyciu peelingu, skóra jest super gładka, jędrna i nawilżona tak dobrze, że po osuszeniu jej ręcznikiem możemy od razu wskoczyć w ulubioną piżamę! Bardzo polecam <3



Iossi, Krem Nawilżający Naffi - kolejny kosmetyk naszej rodzimej marki, który pozytywnie mnie zaskoczył. Niesamowicie delikatny w konsystencji, po brzegi wypakowany substancjami odżywczymi jak oleje z awokado, pachniotki, rokitnika oraz wit. C i E, a przy tym super szybko wchłaniający się i nie wzmagający przetłuszczania skóry. Nie tylko nawilża, odżywia i regeneruje, ale też wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych wyrównując tym samym koloryt skóry dzięki czemu wygląda pięknie i zdrowo! Zapach też  jest na plus, tak samo jak wydajność. A komu go polecam? Szczególnie osobom z cerą wrażliwą, mieszaną, tłustą i naczynkową. Dla mnie póki co nr. 1!

Bikor, Ziemia Egipska - kultowy kosmetyk marki, po który osobiście sięgam codziennie i nie wyobrażam sobie bez niego żadnego makijażu.  Po pierwsze idealnie się aplikuje, po drugie trwa na skórze cały dzień, a po trzecie dodaje twarzy wyrazu. Natychmiast po nałożeniu ożywia, modeluje, rozpromienia, ukrywa szary koloryt i zmęczenie, a teraz w te ponure dni przywołuje też słońce. Co więcej, wydajność jet tu ogromna, kolor mimo iż ciemny w opakowaniu naprawdę nie robi krzywdy, a świetny skład z zawartością olei, witamin oraz kwasu hialuronowego dodatkowo korzystnie wpływa na cerę. Gorąco polecam!



Oway, Szampon Przeciw Wypadającym Włosom - organiczny szampon włoskiej profesjonalniej marki, który jest jednocześnie łagodny, a przy tym super skuteczny co dla mnie, posiadaczki wrażliwej skóry głowy i szybko przetłuszczających się włosów jest bardzo ważne. W składzie znajdziemy m.in. biodynamiczną miętę, organiczny kasztanowiec, drzewo tekowe oraz machoń. Mieszanka tych składników działa na włosy wzmacniająco, witalizująco, odbija je od nasady, dodaje blasku i objętości, natomiast skórę głowy nawilża i koi. Co więcej, mimo naturalnego składu genialnie się pieni i naprawdę doskonale oczyszcza co docenią szczególnie osoby stosujące środki do stylizacji. Mnie kupił już niemalże po pierwszym użyciu. Pomógł mi pozbyć się łupieżu, złagodził podrażnienia, a stosowany regularnie wzmocnił moje mocno wypadające włosy. Co tu dużo pisać, genialny i już!

Resibo, Serum Naturalnie Wygładzające - kosmetyk, który podbił już serca wielu kobiet i mężczyzn też, a także i moje. Mowa tu o serum, które dzięki doskonale dobranym składnikom działa jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nawilża, odżywia, regeneruje, wygładza, rozjaśnia przebarwienia, wyrównuje koloryt oraz rozpromienia i to nie żart! Ważna jest tylko regularność, a szybko można odnotować zaskakujące efekty. U mnie ląduje na skórze szyi oraz twarzy 2 razy dziennie, rano oraz wieczorem. Mimo oleistej konsystencji zaskakująco szybko się wchłania, nie przetłuszcza cery i bajecznie sprawdza się pod makijaż dodając skórze blasku, zdrowego blasku! Zdecydowanie HIT, który musicie wypróbować ;)



Phenome, Olejek Mommy To Be - w ostatnim czasie częściej niż zwykle nawilżam skórę całego ciała i stosuję do tego celu kilka kosmetyków na zmianę, ale olejek Phenome jest moim zdecydowanym ulubieńcem. Lekki, ale doskonale nawilżający, szybko wchłaniający się, o delikatnym zapachu i genialnym, naturalnym składzie. Cóż chcieć więcej? Ja aplikuję go od razu po kąpieli, osuszam ciało delikatnie ręcznikiem i ciesze się super nawilżoną skórą przez cały dzień. Jak możecie się domyślić olejek przeznaczony jest dla kobiet w ciąży, ale myślę, że sprawdzi się u każdej kobiety, która potrzebuje dogłębnego nawilżenia i ujędrnienia skóry.

Który z kosmetyków już znacie, a który macie ochotę przetestować? Dajcie znać :)

2.9.16

Ulubieńcy - sierpień 2016

Jak ostatnie miesiące mijały mi w zastraszająco szybkim tempie tak sierpień wyjątkowo mi się dłużył. Być może to przez tę ponurą pogodę, która nadal się niestety utrzymuje i nie chce sobie pójść, a może dlatego, że z niecierpliwością czekam na powrót do Polski, a ten na szczęście jest coraz bliżej. Post z ulubieńcami lekko spóźniony, ale dopiero dziś udało mi się złapać jako takie światło, więc szybko zrobiłam zdjęcia i nadrabiam zaległości.





Naturativ, Smoothing Toner - mój ogromny ulubieniec, który do niedawna można było kupić pod szyldem Pat&Rub, ostatnio zmieniła się jednak nazwa firmy, ale tonik pozostał ten sam. Wróciłam do niego po dłuższej przerwie i kolejny raz udowodnił, że jest genialny. Naturalny, niezwykle delikatny, o krótkim i wspaniałym składzie opracowanym głównie na wodach: różanej, lawendowej i rozmarynowej. W sierpniu towarzyszył mi zarówno podczas porannej  jak i wieczornej pielęgnacji. Kosmetyk nie tylko wspaniale odświeża, tonizuje, ale też delikatnie nawilża, szybko łagodzi wszelkie podrażnienia, a także działa antyseptycznie przyspieszając gojenie wyprysków. Ja lubię mocno nasączyć nim wacik, a następnie taki zwilżony przykładam do skóry. Już po chwili jest ona ukojona, odżywiona i gotowa na aplikację kolejnych produktów pielęgnacyjnych. Nie ma tu mowy o żadnej nieprzyjemnej warstwie, a roślinny, przyjemny zapach zdecydowanie umila stosowanie. Niby nic wielkiego, ale naprawdę warto wypróbować, serio.

Fridge by Yde, 4.4 Face the Green - kolejny wspaniały krem po ff.1 fabulous face i 1.0 silky mist, który mnie zachwycił. Przeznaczony głównie dla cer suchych i normalnych, mocno regenerujący o bogatym składzie z zawartością zimnotłoczonego oleju z pestek dyni i masła Shea. Za względu na mieszaną cerę trochę się go obawiałam, myślałam, że będzie za ciężki, zbyt odżywczy czy też zapychający jednak nic bardziej mylnego. Face the Green okazał się idealny. Mocno nawilżający, a jednocześnie szybko wchłaniający się i bardzo komfortowy. Odżywia, regeneruje i naprawia jednocześnie stanowiąc wspaniałą bazę pod podkład zarówno płynny jak i mineralny. Nic się na nim nie roluje, a skóra przy regularnym stosowaniu produkuje znacznie mniej sebum! Ja stosuję go od 2 miesięcy codzienne rano i szybko odnotowałam, że moja cera mimo permanentnego niewyspania i złych warunków klimatycznych wygląda znacznie lepiej. Jest promienna, jędrna, elastyczna, a o suchych skórkach zapomniałam na dobre. Nie chcę się tu rozpisywać bo mam w planach jego pełną recenzję, ale już teraz mówię Wam, że warto. Na okres jesienno-zimowy to must have.



Grown Alchemist, Body Treatment Oil - w sierpniu nie miałam ochoty spędzać zbyt wiele czasu w łazience więc po wieczornym prysznicu sięgałam zawsze po olejki, a w szczególności po ten marki Grown Alchemist. Skondensowany, intensywnie odżywczy, z zawartością wielu  wyselekcjonowanych bioaktywnych składników. Olej tamanu działa antyoksydacyjnie, leczy, nawilża, przyspiesza procesy gojenia się i pomaga w walce z rostępami czy bliznami, omega 7 regeneruje i wspomaga utrzymywanie nawilżenia, olej z dzikiej róży rozjaśnia, zwalcza wolne rodniki, przyspiesza mikrokrążenia wspomagając usuwania toksyn i silnie przeciwdziała oznakom starzenia, a aromat ylang ylang połączony z olejami sandałowym i bergamotowym posiadają właściwości aromaterapeutyczne działając relaksująco i odstresowująco. W efekcie po aplikacji olejku skóra jest doskonale nawilżona, odżywiona, miękka i jedwabiście gładka, aż nie można przestać jej dotykać, a umysł wyciszony i odprężony. Ja stosowałam go na mokre ciało, a następnie delikatnie osuszałam je ręcznikiem. Dzięki temu kosmetyk był bardziej wydajny, aplikacja przebiegała ekspresowo, a o tłustej warstwie nie było mowy. Naprawdę fajny produkt, który stosowany regularnie zapewnia skórze gładkość i piękny wygląd. Polecam, a ja już planuje zakup kolejnego opakowania bo to niestety dobiło dna.

Living Proof, Perfect Hair Day Conditioner - mimo cienkich włosów nigdy nie pomijam aplikacji odżywki. W tej kwestii mam już swojego ulubieńca, a jest nim odżywka John Masters Organics, o której możecie przeczytać o tu >klik<, jednak ta też daje radę.  Lekka, o fajnej konsystencji i przyjemnym, delikatnym zapachu, zaaplikowana na włosy na zaledwie 3-5 minut zapewnia im odpowiednią dawkę nawilżenia nie obciążających ich przy tym. Włosy są lekkie, puszyste, odżywione, błyszczące i pełne objętości i tak przez cały dzień, a nawet dłużej. Kosmetyk nie przyspiesza przetłuszczania co mnie bardzo cieszy, można nim tez śmiało umyć głowę, próbowałam i polecam!, ponadto jest wydajny, zastrzeżenie mam jedynie do opakowania, sztywne i utrudniające wydobycie odżywki. Jednak na ten minus przymykam oko ;)



Schmidt's, Deodorant, Fragrance Free - naturalnych antyperspirantów przetestowałam już mnóstwo, oczywiście żaden nie sprawdził się tak jak bym chciała i szczerze przyznam, że traciłam powoli nadzieję, jednak postanowiłam dać szanse osławionemu dezodorantowi marki Schmidt's i to był strzał w dziesiątkę. W pełni naturalny, wegański, wolny od aluminium, parabenów i ftalanów. Ma nieco dziwną, zbitą i jakby kruszącą się konsystencję jednak zupełnie nie sprawia to problemów podczas aplikacji. Wystarczy łopatką nabrać odrobinę, rozgrzać między dłońmi a następnie zaaplikować na skórę pod pachami i już. Antyperspirant zostawia suche wykończenie, nie brudzi ubrań i zapewnia ochronę przez cały dzień! Minusy? Mam wrażenie, że bardzo wrażliwą skórę może podrażniać dlatego zalecam ostrożność. Poza tym jest genialny! 

Aromatherapy Associates, Deep Cleanse Face Wash - żel oczyszczający do skóry twarzy to podstawowy kosmetyk pielęgnacyjny, myślę, że nie tylko mój, ale każdej z Was. Ten od Aromatherapy stosuję co prawda od połowy sierpnia, ale już zdążyłam się z nim polubić. Po pierwsze ze względu na przepiękny, roślinny zapach. Świeży i niezwykle relaksujący, który sprawia, że mam ochotę myć twarz co najmniej kilka razy dziennie. A sam żel? Też jest świetny! Delikatnie pieniący się i bardzo łagodny, a jednocześnie skutecznie usuwający ze skóry wszelkie zanieczyszczenia, które nagromadziły się na niej w ciągu dnia czy nocy jak kurz, sebum, pozostałości kosmetyków kolorowych lub pielęgnacyjnych. Dzięki zawartości nawilżającego aloesu oraz alg kosmetyk nie narusza warstwy hydrolipidowej nie powodując tym samym nieprzyjemnego ściągnięcia skóry, natomiast  wyciągi z lawendy, drzewa herbacianego i ylang ylang normalizują pracę gruczołów łojowych i wspomagają walkę z wypryskami. W efekcie stany zapalne są wyciszone, a skóra doskonale oczyszczona,  a jednocześnie elastyczna i promienna. Dla mnie extra!





Bikor, Compact Powder Oslo - zmatowienie skóry z jednoczesnym rozświetleniem? Proszę bardzo, puder Oslo marki Bikor to potrafi! Nie przepadam za pudrami gdyż większość z nich daje zbyt matowo-pudrowe wykończenie, a tu jest inaczej. Dzięki lekkiej, zaawansowanej formule kosmetyk tworzy na skórze delikatny film działający jak magiczna różdżka. Wyrównuje jej powierzchnię oraz koloryt, matowi jednocześnie pozostając niemalże niewidocznym. Rysy twarzy są złagodzone, skóra promienna, a drobne niedoskonałości czy popękane naczynka ukryte i to w kilka sekund. Co więcej, Oslo można stosować dwojako, jako puder właśnie lub w roli podkładu. Szczerze mówiąc w ten drugi sposób jeszcze go nie używałam, ale jako puder sprawdza się świetnie. Trzyma moja mieszaną cerę w ryzach przez długie godziny, jednocześnie nie odbierając jej naturalnego blasku, a zawartość takich składników jak wit. A, wit. E, lecytyna oraz oleje: z nasion słonecznika, orzechów arachidowych oraz róży rdzawej aktywnie wpływają na jej kondycję. No i ten zapach, waniliowy, piękny!






































Który kosmetyk macie ochotę wypróbować? Dajcie znać :)

30.7.16

Ulubieńcy - lipiec 2016

Mam wrażenie jakbym kilka dni temu opublikowała post z ulubieńcami czerwca, a tu mamy już koniec lipca i kolejnych faworytów miesiąca. No cóż, trzeba to przyznać, czas pędzi jak szalony!, a że lipiec był dla mnie pracowity to tym bardziej zleciał wyjątkowo szybko. Już za chwilę sierpień, zaraz moje urodziny, a ja już dziś piekę na tę okazję bezę aby zjeść ją jutro z bliskimi i trochę wcześniej uczcić ten dzień.
A co z kosmetykami? Wyjątkowo szybko w tym miesiącu wytypowałam te NAJ! Zero kolorówki bo i makijaż robiłam rzadko, ale jest pielęgnacja, głównie naturalna i przede wszystkim skuteczna. Jak możecie zauważyć wszystkie kosmetyki pochodzą od polskich marek co tylko pokazuje, że polski rynek pełen jest fantastycznych firm i dobrych produktów wcale nie trzeba daleko szukać bo mamy je tuż pod nosem! Dlatego korzystajmy z tego i cieszmy się doskonałym działaniem ;)


Resibo, Serum Naturalnie Wygładzające - dopiero niedawno pojawiło się na rynku, a już zdążyło podbić serca wielu osób w tym także i moje. W 99% naturalne, skomponowane z wyselekcjonowanych składników o potwierdzonym działaniu odmładzającym, które mają odżywiać i ujędrniać skórę zapewniając naturalny efekt botoksu. Ja stosowałam je w lipcu niemalże każdego wieczoru, a rano budziłam się z promienną, gładką i wypoczętą skórą, a wszystko to dzięki zaledwie 3 kroplom tego magicznego eliksiru! Kosmetyk mimo oleistej konsystencji naprawdę świetnie się wchłania, nie zapycha, a stosowany regularnie szybko i widocznie ujędrnia, jakby zagęszcza skórę, pięknie rozjaśnia przebarwienia (szczególnie te potrądzikowe) tym samym ujednolicając koloryt oraz przywraca odpowiedni poziom nawilżenia. No bajka, mówię Wam. Polecam każdemu bez względu na wiek czy rodzaj cery, będziecie zachwycone, obiecuję. Wydajność i zapach również na plus.

Organique, Savon Noir Classic - naturalne mydło z czarnych oliwek i oleju oliwnego, które trzeba po prostu znać i mieć w łazience.  Ja miałam od niego kilkumiesięczną przerwę po czym znów do niego wróciłam i przypomniałam sobie jak bardzo je lubię. Uniwersalne, delikatne, a przy tym super skuteczne. W lipcu stosowałam je zarówno jako zwykłe mydło do mycia twarzy czy ciała, doskonale oczyszcza pozostawiając skórę piszczącą, a przy tym nie przesuszoną oraz w roli peelingu. Pozostawione na skórze twarzy na 15-20 minut w delikatny, niepodrażniający sposób pomaga usunąć martwe komórki naskórka, dogłębnie oczyszcza i rozjaśnia, natomiast stosowane do ciała z rękawicą Kessa pobudza krążenie, złuszcza, wygładza i ujędrnia. Efekty są naprawdę fajne, a samo mydło niedrogie, wydajne i bezpieczne. Warto wypróbować!



Iwostin Propodia, Aktywny Krem na Zrogowacenia - stopy to ta część ciała, którą często w pielęgnacji pomijamy i ja sama przyznam szczerze, że czasem je trochę zaniedbuję. Jednak ostatnio zrobiłam się w tym temacie bardziej systematyczna, skusiłam się też na krem do stóp polecany przez Kamilę (Juicy Beige) i to był naprawdę dobry wybór. Gęsty, treściwy, otula skórę warstwą ochronną i już chwilę po pierwszej aplikacji odczuć można jego genialne działanie. Fantastycznie zmiękcza skórę stóp, wygładza, regeneruje i nawilża, a stosowany regularnie w magiczny sposób zapobiega powstawaniu zrogowaceń. Stopy są miękkie, zadbane i gotowe aby pokazywać je zarówno w klapkach/sandałach czy seksownych szpilkach. Krem stosowany solo odwala naprawdę kawał dobrej roboty, a w ducie z tarką działa jeszcze lepiej. Jak najbardziej polecam.


Fridge, Lotus Body - świeże kosmetyki z lodówki do pielęgnacji twarzy już dawno podbiły moje serce i okazuje się, że te do ciała wcale nie są gorsze, a balsam z lotosem to mistrzostwo świata! Pełen drogocennych składników, lekki jak mgiełka i pachnący tak pięknie, że można się uzależnić. Kwiatowo, kobieco, zmysłowo, a zarazem świeżo. Z przyjemnością stosowałam go po każdym prysznicu, aplikowany na ciało prosto z lodówki koi podrażnienia, a cudowna, aksamitna konsystencja jakby wtapia się w skórę dając jej natychmiast odpowiednią dawkę nawilżenia, bez uczucia lepkości czy tłustości. Z dnia na dzień jest coraz lepiej, coraz jędrniej i gładziej. Balsam niweluje szorstkość, napina, a dzięki dobrej wchłanialności pozwala zaoszczędzić czas i szybko się ubrać. To jeden z tych kosmetyków, który nie chcę aby się skończył bo może nie wiecie, ale dobre balsamy do ciała cenię sobie naprawdę mocno <3

Resibo, Krem pod Oczy - kolejny kosmetyk marki Resibo, który mnie zachwycił. Tym razem mowa tu  o kremie pod oczy z zawartością aktywnych składników, które zostały dobrane tak, aby działać na delikatną, a zarazem wymagającą skórę pod oczami kompleksowo. Lekki, a jednocześnie bardzo odżywczy. Wklepany w skórę po oczami szybko i świetnie się wchłania zapewniając doskonałe nawilżenie przez cały dzień.  Ja stosuję go zarówno rano jak i wieczorem, jak już wspomniałam krem szybko się wchłania, zapewnia uczucie komfortu i wspaniale wygładza stanowiąc świetną bazę pod korektor czy rozświetlacz, nic się na nim nie roluje ani nie waży. Aplikowany regularnie spłyca drobne linie, regeneruje i rozjaśnia, a jego delikatny, przyjemny zapach uzależnia i uprzyjemnia stosowanie. Jeśli szukacie dobrego kremu koniecznie go sprawdźcie. Świetny, naturalny, wydajny i wegański.


I to już wszyscy moi ulubieńcy. Każdy świetny i wyjątkowy <3
Wpadło Wam coś w oko? Dajcie znać :)

27.4.16

Ulubieńcy - kwiecień 2016

Mimo, iż za oknem wciąż zimno i wietrznie to słoneczna pogoda pozytywnie nastraja mnie do życia, dodaje energii i sprawia, że nowe pomysły same kiełkują w głowie. Uwielbiam wiosnę, uwielbiam obserwować budzącą się do życia przyrodę i mimo, iż w Norwegii, gdzie obecnie jestem, prawdziwa wiosna przyjdzie za jakiś miesiąc to ja i tak wypatruję nowych pąków na drzewach i  obserwuje czy może trawa nie zaczyna się już zielenić. W międzyczasie podpatruję też zdjęcia na Instagramie gdzie wiosna jest już od dawna i wywołuje uśmiech na ustach. Wracając jednak do tematu posta dzisiaj mam przyjemność przedstawić Wam prawdziwe skarby bez których w kwietniu nie mogłam się obyć i sądzę, że w maju będę sięgała po nie równie chętnie. No dobra, nie ma co zwlekać, zapraszam do czytania <3


Aesop, Resurrection Aromatique Hand Balm - uwielbiam kremy do rąk, zawsze mam ich kilka i stosuję po kilka razy dziennie. Ten od Aesop gości u mnie już od kilku miesięcy i mimo, że nie jest to najlepszy krem jaki znam i na początku totalnie mnie nie zachwycił to w kwietniu sięgałam po niego aż nazbyt często. Idealny do użytku w ciągu dnia, szybko się wchłania, otula dłonie nietłustym filmem ochronnym, wspaniale wygładza, zmiękcza, dobrze też nawilża, łagodzi podrażnienia i pozostawia wspaniały lawendowo-roślinny zapach, który dość długo utrzymuje się na skórze. Wkurzająca jest tylko nakrętka, która nie wiedzieć czemu nie chce się zakręcić, ale sam design opakowania jak i wydajność na plus! Ha, skład zresztą też.

Alpha H: Triple Action Cleanser, Balancing Moisturizer and Gentle Exfoliant, Micro Cleanse, Liquid Gold Soothing and Perfecting Mask, Balancing and Pore Refining Mask - wspaniała piątka, która pomaga mi w walce z tak bardzo niechcianymi niespodziankami. Żel w bardzo łagodny i skuteczny sposób oczyszcza skórę z resztek makijażu, kurzu i sebum nie naruszając przy tym warstwy hydrolipidowej. Krem jednocześnie nawilża, wygładza i w bardzo delikatny i niewidoczny sposób złuszcza naskórek. Idealnie sprawdza się pod makijaż, nie przyspiesza przetłuszczania skóry, a także w widoczny sposób przyspiesza gojenie wyprysków. Peeling doskonale złuszcza oraz oczyszcza pozostawiając skórę dogłębnie oczyszczoną, gładką i promienną, a wszystko to bez podrażnień czy przesuszenia. Maska z kwasem glikolowym działa bardzo podobnie, wspaniale wygładza, napina, i rozjaśnia sprawiając, że skóra wygląda zdrowo i pięknie. Tutaj też nie ma mowy o podrażnieniach jednak nałożenie maski nawilżającej jest już mile widziane. I kolejna maska, ta natomiast dogłębnie oczyszcza zarówno skórę jak i pory, a także działa antybakteryjnie. Już po jednym zastosowaniu widać różnicę w wyglądzie skóry, jest oczyszczona i gładka, a wszelkie niespodzianki są wyciszone i zdecydowanie szybciej się goją. Niech nie zmylą Was małe opakowania, cała piątka jest bardzo wydajna, a składy krótkie i naprawdę niezłe. Co ważne, wszystko działa tak jak obiecuje producent i to się chwali <3 Tak sobie myślę, że chyba zrobię osobny wpis o tej piątce bo jest o czym pisać ;)



Fridge by Yde,  4.1 Coffee Eye - pewnie same wiecie jak trudno o dobry krem pod oczy. Niewiele jest takich na rynku, a ten od Fridge zdecydowanie do nich należy. Gęsty, treściwy, niesamowicie odżywczy, a do tego w 100% naturalny. Nie zawiera konserwantów, alkoholu i związków syntetycznych dlatego też należy przechowywać go w lodówce i zużyć w ciągu 2,5 miesięcy od daty produkcji, a wydajny jest bardzo! Jednak wróćmy do działania bo tu należą się brawa. Krem doskonale odżywia, nawilża, wygładza, ujędrnia oraz uelastycznia skórę, pomaga też rozjaśnić cienie i usuwa obrzęki. Wszystko to zasługa fenomenalnego składu z zwartością oleju migdałowego, masła kokosowego oraz wyciągu z kawy arabika. Mieszanka ta sprawia, że kosmetyk doskonale pielęgnuje i zapewnia komfort tworząc na skórze delikatny film ochronny. Co więcej, dobrze się wchłania, sprawdza się pod makijaż, nie podrażnia tej delikatnej okolicy i nie zapycha skóry. Natomiast naturalny, kawowy zapach zdecydowanie dodaje energii i pobudza, o!

Frank Body, Body Scrub Original - kawowe peelingi opanowały kosmetyczny świat. Sama byłam ich ciekawa, nabyłam ten oto od Frank Body i boom, jest naprawdę ekstra. W składzie oprócz mieszanki palonej i mielonej kawy, znajdziemy m.in. zimno tłoczony olej z migdałów, brązowy cukier i sól morską. Mix ten sprwia, że peeling nie tylko doskonale złuszcza martwy naskórek, pobudza krążenie i wygładza, ale też wpływa na skórę niezwykle odżywczo, fantastycznie napina i pomaga w walce z cellulitem. Dorzucić do tego trzeba mega naturalny zapach, który stawia na nogi i uprzyjemnia chwile pod prysznicem i mamy kosmetyk prawie idealny. A prawie dlatego, że aplikacja nie jest tu najprzyjemniejsza. Opakowania też mogłoby być nieco inne, ale nie ma co narzekać. Jest moc!



Organique, Shea Butter Body Balm Milk - w poście z ulubieńcami lutego pisałam o piance pod prysznic w tymże zapachu, tak mnie zuroczył, że postanowilam sięgnąć po masło o tym samym aromacie i też przepadłam. Ale nie tylko z jego powodu, który swoją drogą jest naprawdę piękny, delikatny, nieco pudrowy i taki ach <3, a głównie przez fantastyczne działanie. Kosmetyk ze względu na zawartość masła Shea jest zbity, gęsty i treściwy co trochę utrudnia aplikację, ale gdy tylko nałożymy go na skórę wszystko staje się jasne. Szybko się wchłania, natychmiast wygładza, zmiękcza, regeneruje, doskonale też nawilża, odżywia i łagodzi podrażnienia. Przy regularnym stosowaniu efekt nawilżenia jest trwały i utrzymuje się cały dzień. Do tego dorzucić trzeba ogromną wydajność, super skład i ładne opakowanie. Cóż chcieć więcej? Aaa, do wyboru jest jeszcze kilka innych zapachów! Nic tylko kupować :)

Clarins, Natural Lip Perfector, 05 Candy Shimmer - pojawia sie w ulubieńcach już kolejny raz, ale co zrobić, uwielbiam ten błyszczyk. Niezwykle przyjemny w aplikacji, nie wymaga użycia lusterka, a mała, miękka gąbeczka bez problemów sunie po ustach i pokrywa je delikatnym, naturalnym i subtelnym kolorem. Jednak kosmetyk nie tylko dodaje koloru, rozpromienia też cerę, optycznie powiększa usta, a także pielęgnuje je, odżywia, regeneruje i wygładza sprawiając, że niepotrzebne stają się pomadki odżywcze czy masełka. Trwałość jak to w błyszczykach, nie  jest najlepsza, 1,5-2 godziny max, ale ponowna aplikacja jest tylko przyjemnością, tym bardziej, że zapach jest tu słodki, budyniowy i sprawia, że ma sie ochotę oblizać wargi.


Bikor, Ziemia Egipska - czyli kultowy produkt marki, który w większości zbiera same pozytywne noty. Od dawna byłam ciekawa skąd te zachwyty i już wiem! W opakowaniu może przerażać, bo kolor jest naprawdę ciemny, a moja cera blada, jednak nic bardziej mylnego. Ziemia idealnie dopasowuje się do odcienia skóry i upiększa. Dodaje koloru, odżywia i stapia się pozostając niewidoczną. Ja w kwietniu używałam jej do delikatnego konturowania lub w roli różu i muszę przyznać, że w obu przypadkach sprawdza się świetnie. W kilka sekund sprawia, że szara po zimie cera przestaje być szara, jest rozpromieniona i delikatnie muśnięta słońcem. Co więcej,  kosmetyk jest trwały, trzyma się na skórze od rana do wieczora, nie zapycha i jest niezwykle wydajny. Używam go od początku miesiąca niemalże codziennie, a ubytku nie widać. Dla mnie ekstra!

Ilia, Tusz do rzęs Nightfall - w kwietniu stawiałam na make up no make up dlatego też mocno podkreślające maskary zastąpiłam tą organiczną marki Ilia, która daje widoczny acz subtelny efekt. Nieduża, silikonowa szczoteczka idealnie pokrywa rzęsy od nasady aż po same końce. Ładnie rozczesuje, wydłuża, delikatnie podkręca, przyciemnia i pogrubia nadając spojrzeniu wyrazistości. U mnie daje bardzo naturalny, nieprzerysowany efekt i to mi się podoba. Ponadto jest trwała, nie osypuje się, trwa na rzęsach cały dzień i bezproblemowo się zmywa. Na plus należy zaliczyć też skład, w którym znajdziemy dużo cudowności jak wyciągi z liści aloesu, jojoby i palmy sabałowej, wosk karnauba, masło z awokado i naturalną wit. E. Coś dla fanek organicznych kosmetyków i delikatnego makijażu.





I to już wszyscy moi kwietniowi ulubieńcy. Czy znacie któryś z tych produktów? Co Wam wpadło w oko? Koniecznie dajcie znać :)
 
Szablon zrobiony przez CreativeLight.pl